"Badziewko" czyli terror plastikowych zabawek z kiosku - materiał drastyczny, nie dla estetycznych wrażliwców

"Mamusiu, kup  mi badziewko, prooooszę!" - to zdanie pada nieuchronnie, gdy znajdujemy się w pobliżu stojaka z tandetnymi pisemkami dla dzieci. Takimi co liczą kilka stron na krzyż, charakteryzują się całkowitym brakiem treści i istnieją tylko po to, by opchnąć paskudną zabawkę z różowego plastiku. W naszej rodzinie noszą dumną nazwę "badziewka". Niestety ulegam i kupuję, choć zasadniczo nie pochwalam. Dlaczego?

Jedna z możliwych odpowiedzi brzmi tak: jestem złą matką. Albowiem dla chwili świętego spokoju, kiedy to córki zajmą się rozpakowywaniem i oglądaniem a następnie wyrywaniem sobie nawzajem tych pięknych i praktycznych rzeczy w rodzaju różowego smartfona Barbie, albo różowych okularów Hello Kitty, jestem gotowa poświęcić wyższe wartości takie jak: kształtowanie gustu u dzieci, czy rodzicielska nieugiętość.

foch.plSiedzą spokojniutko, czyli warto było!

Inna możliwość jest taka, że jestem dobrą matką. Miłość do córek stawiam bowiem wyżej niż swoje wyśrubowane upodobania estetyczne i nie próbuję formatować progenitury na swój wzór i podobieństwo, bo do boskości jednak trochę mi brakuje. Moja bezczelnie inteligentna starsza córka z lubością wykorzystuje ten patent mówiąc słodko: "Mamuniu, wiem, że ty nie lubisz Barbie, ale proszę, spraw mi przyjemność". Bestia.

Wariant pośredni zakłada, że wszystko jedno jaką matką jestem, to i tak nie ucieknę przed przemożnym wpływem marketingu na życie moich pociech. Może nie oszaleją na punkcie Świnki Peppy ale dopadnie je Hello Kitty, może oleją słodki kicz Barbie, ale nie ujdą przed quazi-grozą Monster High. Prędzej, czy później, ta marka czy inna - mechanizm zawsze pozostanie ten sam: trzeba będzie kupić jakieś coś z jakimś określonym obrazkiem. A to dopiero początek logomanii...

foch.plZadzwoń do Barbie!

Oczywiście, wierzę w to, że kształtujemy gust naszych dzieci, ale jest to długotrwały proces polegający na pokazywaniu dobrych wzorców (muzycznych, plastycznych i wszelakich). A czasem też po prostu trudno wytłumaczyć czterolatce swoją niechęć do tęczowych koników ("mamusiu, one wcale nie są paskudne!"), czy innych zwierzątek z wybałuszonymi oczkami.

Można oczywiście być twardym: ignorować, zakazywać, odmawiać, ale w proces dorastania niestety wpisane są zarówno bunt wobec rodziców jak i chęć akceptacji wśród grupy rówieśniczej, więc metodą tworzenia tabu nie da się daleko zajechać. I nawet jeśli marzę o małej outsiderce, która ma za nic przedszkolne czy klasowe mody, to jednak nie będę na siłę wtłaczać dziecka w taki schemat. Bo mi on akurat pasuje z przyczyn ideologicznych. Na szczęście jeszcze pamiętam, jak sama marzyłam o Barbie i jak się ucieszyłam, że mam choć Fleur.

foch.plBadziewka są różne - ważne, że różowe

Kupuję więc badziewka, nawet jeśli od patrzenia na nie bolą mnie oczy, a po stronie małych zwycięstw zapisuję sobie buciki ze Spider-Manem ("mamusiu, Kuba z Zuchów oszaleje, jak je zobaczy, on uwielbia Spider-Mana") zamiast z Księżniczkami. Zresztą we wrzącym kotle popkultury i tak wszystko się miesza i z wczorajszej zabawy ze starszym kuzynkiem córki wyniosły nowe ulubione postaci: "Mamusiu, Anielka jest królową Amidalą, a ja jestem księżniczką Leią". Kuzynek, szczęśliwie, już Gwiezdne Wojny śmiga.

A badziewka? Są sytuacje w których sprawdzają się bezbłędnie: długa podróż, kolejka do lekarza, rodzinny obiad w restauracji. Otoczenie nawet nie wie, jak wiele zawdzięcza kojącej mocy badziewka!

Więcej o:
Skomentuj:
"Badziewko" czyli terror plastikowych zabawek z kiosku - materiał drastyczny, nie dla estetycznych wrażliwców
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX