Z pamiętnika Prokrastynacji Andriejewny, czyli Heeeey Macarena!

W moim życiu są na stałe trzy podłe suki: Nostalgia, Wena i Prokrastynacja. O tej pierwszej było tu. Druga cóż, kapryśna, sprzedajna, prawdopodobnie chora psychicznie. Przychodzi, odchodzi, czasem daje się przekupić winem, czasem obietnicą sukienki. Rzuca mnie często i na długo, lecz nie mogę się bez niej obejść - nie to, żeby tworzyła rzeczy wiekopomne, ale przynajmniej zarabia na rachunki. Trzecia natomiast...

Macie tak ze snem?

foch.plGonitwa myśli... Heeey Macarena!

Bo ja mam tak z pracą.

Byłam co prawda dzieckiem upierdliwym i nadaktywnym, ale skupienie się nad zadaniami, czy lekturą nie sprawiało mi trudności. Co się z tym stało? Zniknęło po trzydziestce? Razem z metabolizmem typu „zjadam dwa litry lodów i jestem chudsza o dwa kilo?”. Razem z wiarą, że rozmiar nie ma znaczenia? Razem z przekonaniem, że kłamstwo, to rzecz brzydka? (teraz wiem, że brzydka, gdy nieumiejętna).

24 h przed dedlajnem rzucam się na robotę jak hiena na tatara. Piszę, piszę, palce nie nadążają za moją lotną myślą, w dwie godziny robię więcej niż w dwa dni.

Umówmy się, nie jestem ci ja twórcą, ani artystą, jestem rzemieślnikiem. Nie maluję Kaplicy Sykstyńskiej, tylko, powiedzmy - toczę sobie na tokarce taborecik. Całe odcinki taborecików. Taborety na zlecenie, na zadany temat. Swoją drogą - myślę, że nie ma nic bardziej męczącego i nieproduktywnego, niż oszalały artysta, który chce koniecznie realizować swą szumną i ambitną wizję i nic go nie obchodzi, że klient pragnie prostego taboretu, takiego, jak sobie wymyślił i chce go teraz. I w dodatku już za niego zapłacił. I teraz ktoś będzie musiał po tym artyście poprawiać.

O, widzicie? Znów to zrobiłam. A miałam pisać o prokrastynacji. Doprawdy.

No więc nie jestem artystą, ale gdybym była i ktoś nie wiedzieć czemu chciałby mnie zapytać „jak powstają twoje teksty” (najmocniej przepraszam, panie Kazimierzu) to nawet nie zdążyłabym rozejrzeć się za laczkiem i kopytem, gdyż w połowie drogi zabłąkałabym się do lodówki, wstawiła pranie, wyszła z psem, którego nie mam i wyjechała do Nowej Zelandii.

Jestem karna, jestem pokorną kochanką Pana Dedlajna. Zaczynam pracę odpowiednio wcześnie, planuję ile zrobię dziś, ile jutro, rozsądnie rozkładam robotę, żeby się nie wypstrykać całkiem z energii, mieć czas na sprawdzenie i poprawki.

Siadam. Odpalam dokument. Patrzę pustym wzrokiem. Robi mi się niedobrze. Nie napisałabym nawet „Ala ma kota”, choćby Robert Downey Jr. trzymał mi lufę przy skroni.

(pięć minut przerwy na myślenie o lufie Roberta)

Myślę, że nie ma co męczyć kotka za pomocą kowadła, więc na przykład idę umyć okna. Albo wyczyścić wszystkie szafki od środka. Wracam, patrzę pustym wzrokiem na pustą kartkę, biję się po twarzy, piszę trzy zdania. Cudownie, zaczęłam, najtrudniej zacząć! W nagrodę pooglądam sobie kiecki na allegro. I buciki. I sukienki.

(w połowie sukienek idę poczytać Urbana, bo czerwona ołówkowa skojarzyła mi się z rokiem '68, nie pytajcie)

Następnego wieczora historia się powtarza. 24 h przed dedlajnem rzucam się na robotę jak hiena na tatara. Piszę, piszę, palce nie nadążają za moją lotną myślą, w dwie godziny robię więcej niż w dwa dni. Piszę do rana, klnę się brzydko, że przecież można tak było od razu, idiotko, nigdy się nie nauczysz, o czwartej rano zesztywniała patrzę znad klawiatury na szyderczy świt, znów, znów to zrobiłam, żebym chociaż te szafki umyła do końca

Leczą depresję, syfilis, kleptomanię i katar. Może to też kiedyś jakoś, szczepionka, surowica, tabletka co rano.

Raz, raz w życiu pisałam tak, jak sobie umyśliłam. Każdego dnia po odrobinie, rozsądnie, według planu. Piętnaście razy sprawdziłam, poprawiłam, przepisałam i od początku. Skończyłam, wysłałam, z dumą patrzyłam w lustro.

Dwa dni później - telefon:

JAK MI JESZCZE RAZ NAPISZESZ NA OSTATNIĄ CHWILĘ! TO BYŁO PISANE NA KOLANIE! OD RAZU WIDAĆ! ILE CI TO ZAJĘŁO, JEDNĄ NOC?!

Leczą depresję, syfilis, kleptomanię i katar. Może to też kiedyś jakoś, szczepionka, surowica, tabletka co rano, jest nowy odcinek „Gry o Tron”, komuś herbaty, zaniosę sandałki do szewca...

foch.plPracuję. Coś ćwierka. Coś kumka. Coś mnie gryzie w łydkę...

Więcej o: