Z życia pilota wycieczek. Pocztówki zza krawędzi

Wszystko to, co przeczytacie poniżej, brzmi jak żart, jak coś wyssanego z palca. I faktycznie - teraz potrafię się już z tego śmiać. I owszem, gdyby ktoś mi to opowiedział, uznałabym go za mitomana.

Nie zliczę, ile razy usłyszałam "Ale ty masz świetną pracę. Jeździsz sobie po świecie i jeszcze ci za to płacą". Praca pilota wycieczek zdaje się być szalenie atrakcyjna, bo przecież łatwizna. Wsiadasz sobie do autokaru z grupą ludzi i nawijasz: "Moi drodzy, jeżeli spojrzycie w prawo, zobaczycie Hiszpanię. Jeżeli spojrzycie w lewo, też zobaczycie Hiszpanię".
Sama praca jest zaiste rewelacyjna, ale nie bez znaczenia są tu predyspozycje. Trzeba bowiem mieć żelazny tyłek(i to dosłownie), stalowe nerwy i zdrowe serce. I doskonale panować nad twarzą.

Dziś zatem, w ramach opowieści o dziwnej treści, kilka pocztówek zza krawędzi szaleństwa. Tym razem nie będzie o wynoszeniu jedzenia z hotelowej restauracji, czy pijanych turystach w samolocie i hotelu. To jest standard.


W zamian - kilka anegdotek z pilockiego życia. Zanim zdecydujecie się na tę ścieżkę kariery - przeczytajcie.

Czasem masz przynajmniej fajną parasolkę...Czasem masz przynajmniej fajną parasolkę...

Syndrom Stendhala, czyli cud w Madrycie

O słynnym syndromie nasłuchałam się w czasach licealnych, jednakże do głowy mi nie przyszło, że mogę kiedykolwiek się z nim zetknąć na żywo. Niespodziankę zafundowała mi pewna młoda dama, która doznała objawienia podczas mszy, odprawianej w katedrze w Madrycie. Spokojnie czytałam książkę u stóp rzeczonej katedry, gdy usłyszałam serię dramatycznych okrzyków dobiegającą z wnętrza. Okazało się, że jedna z uczestniczek wpadła w lekką histerię z nieznanego powodu. Histeria była na tyle spektakularna, że obecny w katedrze Hiszpan natychmiast zadzwonił po pogotowie. Po przybyciu odpowiednich służb, które podały delikwentce zastrzyk z uspokajacza (na próżno błagałam, żeby mi też podali), udało się wydobyć z ofiary powód histerii. Okazało się, że do młodej damy przemówił święty obraz...

Dodajmy, że grupa była pielgrzymkowa, zatem zapewne rozumiecie, że sytuacja wzbudziła zrozumiałe podniecenie. Wszyscy chcieli wiedzieć, co powiedział obraz. Po kilku godzinach próśb, gróźb i błagań uzyskano odpowiedź. Brzmiała ona: "Dzieci, myjcie rączki".
Tego dnia napił się nawet ksiądz.

Drugie objawienie miało miejsce rok później. Do mojego hotelowego pokoju zapukał młodzieniec, na którego dłoniach pojawiły się stygmaty. Biorąc pod uwagę godzinę, pewnie bym uwierzyła, gdyby krwawe dziury nie były otoczone warstwą rdzy. Na przyszłość - fingując stygmaty warto użyć czegoś pewniejszego, niż tępy i stary gwóźdź. Po opanowaniu sytuacji stwierdzono, że za incydent nie odpowiada duch święty, a THC.
Za to ja uwierzyłam, że żywcem pójdę do nieba.

"Ta papuga nie jest martwa, ona tylko odpoczywa", czyli rozrywki hotelowe

O poranku doniesiono mi, że dwóch uczestników mojej grupy "wdało się w incydent z papugą". Krótko mówiąc - podobno pragnęli ją uprowadzić. Przesłuchałam panów w kwestii kradzieży papugi. Okazało się, że darła się straszliwie i nie mogli spać, zatem postanowili ją uwolnić. Jeden z panów w trakcie przesłuchania wyszedł do toalety, a drugi w tym momencie rzekł: "Wyznam pani, że spękałem, jak Antek zapytał, czy nie jestem ciekawy jak taka papuga smakuje".
Papuga przeżyła, choć wyrywała sobie pióra i coś mówiła. To coś nie brzmiało dobrze. Wiem, bo po niej powtarzałam.

Kilka nowych przekleństw wymyśliłam następnego poranka, gdy dowiedziałam się, że w ramach rozrywek nocnych zorganizowano konkurs sikania do basenu z balkonu.

...a czasem coś zupełnie innego...a czasem coś zupełnie innego

Krótkie formy paranoi
Madryt:
"Dlaczego nie zwiedziliśmy muzeum Prady?!"
Tak, też myślałam, że to przejęzyczenie.

Paryż:
"Co się państwu najbardziej podobało?"
"Muzeum imperialistów"
Załapałam po dobrych trzech minutach.

Paryż:
"I jak się państwu podobał Luwr?"
"Gówniane to trochę. Tyle kasy mają, a te rzeźby takie wybrakowane"
Nie. To nie był dowcip.

Paryż:
Skupiony turysta pod słynną Wieżą skrobie coś na karteluszku. Ponieważ uważnie słuchał wcześniej, spieszę z pomocą.
"Czy chciałby pan jeszcze coś wiedzieć?"
"Nie, ale jeżeli ma pani telefon, to bym z kalkulatora skorzystał, bo usiłuję policzyć, ile bym dostał sprzedając ją w skupie złomu"
Pożyczyłam telefon.

Wersal:
"A pokaże pani, gdzie tu trzymali te delfiny?"
NIE POKAZAŁAM

Przed wycieczką do Meksyku.
"Potrzebuję pomocy, nigdzie nie mogę dostać rozmówek polsko-meksykańskich"
Ok, nie powinnam się śmiać, sama poprosiłam ostatnio o globus Stanów Zjednoczonych.

Hiszpania. Gdzieś tam.
Stuletni harleyowiec na stacji benzynowej, patrząc na moją (modlącą się na kolanach przy dystrybutorze) grupę: "Wskakuj kotuś, będę twoim zbawcą".
Kusiło.

Przyznaję, to wszystko brzmi zabawnie, niestety zwykle dopiero po kilku tygodniach doceniam komizm sytuacji. Wiem też, że na pewno znajdą się tacy, którzy zarzucą mi kłamstwo i koloryzowanie. Odpowiadam już teraz - nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym, żeby te sytuacje były wyssane z palca.


I żeby nie było - piloci i przewodnicy też nie są święci. Ale to temat na zupełnie inny tekst, który niniejszym Wam obiecuję, jeszcze przed sezonem urlopowym.


Więcej o: