Jak przetrwać 8 godzin za biurkiem? Opowieść pracownicy urzędu

Nasza Czytelniczka, która ze zrozumiałych względów pragnie zachować anonimowość, przysłała nam opis dnia pracownika pewnego urzędu (którego nazwy też nie podamy, bo Czytelniczka nadal chce tam pracować). Szkolenie z biurowej ściemy czas zacząć, a my mamy nadzieję, że nasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku będzie nam regularnie podsyłać takie urzędowe pisemka.

Są w pracy takie gorączkowe okresy gdy nie mam czasu napić się herbaty czy pójść do łazienki. Lubię takie dni, adrenalinę i emocje. Osiem godzin szybko mija i w dodatku mam poczucie, że efektywnie spędziłam czas.

Niestety przychodzi taki moment kiedy po prostu nie mam co robić, żadnych pilnych raportów na wczoraj, żadnych trudnych spraw, taka cisza przed burzą. Do tej pory nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, żeby nas wypuścić do domu, na łąkę lub na piwo, trzeba wytrzymać dzielnie do 16, co jest dla mnie kompletnym absurdem, ponieważ tak naprawdę tylko udaję, że pracuję. Mogłabym co prawda zająć się budową wieży ze spinaczy, archiwizacją lub porządkami w poczcie, ale na samą myśl robi mi się słabo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gra w kulki, szukanie butów na allegro czy pasjans odpadają ponieważ Cwana Łasica, która siedzi obok mnie tylko czeka, żeby mnie podpierdzielić u kierownika.

Jednocześnie muszę zachować pozory zarobienia, żeby stary nie zarzucił mnie jakąś ekstra ciekawą robotą, od której każdy ucieka jak od skunksa. Gra w kulki, szukanie butów na allegro czy nawet pasjans odpadają ponieważ wolałabym, żeby Cwana Łasica, która siedzi obok mnie nie zorientowała się w sytuacji, gdyż tylko czeka, żeby mnie podpierdzielić u kierownika. W takie dni przydałyby mi się jakieś korepetycje z biurowej ściemy, ale niestety nie przewidziano ich w planie szkoleń na ten rok.

Warto zacząć od umycia naczyń, to zajmuje trochę czasu, zwłaszcza, jeśli w kuchni jest jeszcze ktoś z kim można pogadać. Potem można skoczyć do sklepu na dole po śniadanie i już okazuje się, że minęło pół godziny. I co teraz? Można pójść w czytelnictwo, czyli obkładam się rozporządzeniami i składam litery. Cóż, akty prawne to nie George Martin ani skandynawskie kryminały, ani tym bardziej akty Goslinga, więc po godzinie robi się trochę kiepsko. Próbuję zachować godność i nie usnąć. Zegar pokazuje, że dopiero dochodzi 10 czyli czeka mnie jeszcze całe 6 godzin udziału w przedsięwzięciu teatralnym pt. "Wielce jestem zarobiona".

Modlę się o jakieś telefony od petentów, dlaczego nie dzwonią, kiedy naprawdę ich potrzebuję?

Przychodzi mi do głowy pomysł ustawienia segregatorów kolorami, na górze te ładne, a na dole brzydkie, uznaję, że nawet jak na mnie to zbyt głupie i zabieram się za czyszczenie skrzynki pocztowej. Nie jest źle bo przy okazji odkrywam kilka zaległych, lecz bardzo ważnych spraw, czyli mam coś na następne 2 godziny. Modlę się o jakieś telefony od petentów, dlaczego nie dzwonią, kiedy naprawdę ich potrzebuję?

Udało się! Wreszcie ktoś telefonuje, rozmowa trwa całe 20 minut, sprawa jest zajmująca więc angażuję się, wyjaśniam, jestem bardzo miła i uprzejma a na zakończenie wygłaszam standardową formułkę, że to urząd, więc jeśli ma być ciąg dalszy, to proszę o pismo. Teraz zgodnie z procedurą przeprowadzania rozmów telefonicznych ze źródeł zewnętrznych sporządzam notatkę na formularzu F-45 i oddaję do podpisu kierownikowi. Czuję, że zasłużyłam na porządną kawę i ciacho więc dzwonię do koleżanki z Działu Spychologii Stosowanej, żeby umówić się na reset z kofeiną.

Po sporządzeniu kilku interesujących zestawień wysyłam je kierownikowi, żeby miał wrażenie, że wykonałam dziś wyczerpującą pracę umysłową.

Cwana Łasica, chyba zaczyna coś podejrzewać, bo rzuca tekst w stylu: "ale dziś spokojnie u ciebie". To znak, że najwyższy czas otworzyć Accessa i zacząć tworzyć kwerendy. Po sporządzeniu kilku interesujących zestawień wysyłam je kierownikowi, żeby miał wrażenie, że wykonałam dziś wyczerpującą pracę umysłową. W tym czasie moja sympatyczna współlokatorka biurowa przyniosła katalogi z kosmetykami i gazety z przepisami ukierunkowanymi na schudnięcie. Koleżanka podrzuca mi te gazetki z recepturami na pierdyliard niskokalorycznych sałatek i mówi, że wzięła je z myślą o mnie, bo te rożki z ciasta francuskiego, to jest zbrodnia dla bioder. Dziękuję jej za troskę, z uśmiechem wyciągam z szuflady batonika i zjadam przeglądając zdjęcia z sałatą we wszelkich odmianach.

I tak minął cudowny dzień w Wydziale Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku.

Więcej o: