Żyję pod kloszem i chciałabym, żeby tak zostało. Rozważania o edukacji

Bez korepetytora nie ma co marzyć o osiągnięciu choćby średniego poziomu. Nie i koniec. Rodzic, który nie zapewnia korepetycji i nie odrabia z dzieckiem (za dziecko) lekcji jest leniwym, nieodpowiedzialnym bucem.

Z pełną dobrej woli uwagą przyglądam się - dość żywiutkiej ostatnio - dyskusji o szkołach dla sześciolatków i o szkołach w ogóle - o gimnazjalistach, maturzystach i studentach.

Przyglądam się - nie biorę udziału, bo doświadczenia w tym względzie mam na razie żadne. Tak sobie niezobowiązująco chodzę, czytam, podpytuję znajomych. Zbroję się w wiedzę, choćby z drugiej ręki, wiecie, zostały jeszcze tylko dwa lata i mus będzie oddać dzieci bezlitosnej paszczy Molocha. Który będzie je żuł aż do matury, no chyba, że zakończą edukację wcześniej. (Studia uznaję za całkiem inną parę pantofelków).

Dziecko poszło wcześniej do szkoły lub po prostu poszło do szkoły. Oto nadchodzi horror.

Myślę, że przyszła pora, żeby przestać się przyglądać. Chyba zacznę unikać tematu, bo denerwuję się coraz bardziej i trochę nawet boję. Choć może nie ma czego? Nie wiem, wy mi powiedzcie.

Wyłania mi się z tych dyskusji kilka obrazów:

Dziecko poszło wcześniej do szkoły lub po prostu poszło do szkoły. Oto nadchodzi horror. Dziecko z punktu pada ofiarą przeładowanego programu szkolnego. Nie jest w stanie ot tak wchłonąć szalonej ilości wiedzy, więc udręczone i przemęczone siedzi nad lekcjami do późnych godzin nocnych. W torturach czynnie towarzyszą mu rodzice - odrabiają lub pomagają odrabiać zadania, tłumaczą, rozwiązują, pilnują, wykonują pracę szkoły. Bez korepetytora nie ma co marzyć o osiągnięciu choćby średniego poziomu. Nie i koniec. Rodzic, który nie zapewnia korepetycji i nie odrabia z dzieckiem (za dziecko) lekcji jest leniwym, nieodpowiedzialnym bucem.

Rodzic, który nie zapewnia korepetycji i nie odrabia z dzieckiem (za dziecko) lekcji jest leniwym, nieodpowiedzialnym bucem.

Dziecko idzie do szkoły, gdzie pobiera nauki, odrabia lekcje (w czym czasem trzeba mu odrobinę pomóc, ewentualnie nakłonić do), kończy szkołę/szkoły, ma wykształcenie, które umie spożytkować, lub nie. Kurtyna.

Dziecko, wspomagane przez rodziców i korepetytorów ukończyło któryś tam etap edukacji. Dziecko umie NIC. Jego poziom kompromituje szkołę, rodziców i korepetytorów. Dziecko jakimś cudem, mimo wytężonej nauki i bogatego - wręcz zbyt bogatego programu - jest stojącym u progu matury, starannie hodowanym idiotą. Edukowani z sukcesem w poprzednim systemie rodzice łapią się za głowy i pytają - co poszło źle? Były warunki, były metody, ba, nawet geny dobre. Dlaczego??? Jako ilustrację proponuję ten, niewątpliwie przerysowany i tendencyjny, lecz i tak wystarczająco przerażający obrazek:

 

Opowieść Piotra - korepetytora

 

Przerysowania obrazka jestem prawie pewna, gdyż wszyscy przesadzamy, niektórzy z nas zawodowo, inni hobbystycznie. Do podsycenia nieufności wystarczy mi historia korepetytora, który zapytany, czy "Świtezianka" to historia oparta na faktach - doznał gwałtownego załamania wiary w człowieka i z drżeniem serca próbował wytłumaczyć osiemnastolatce, że rusałki nie istnieją. Ja pomyślałabym po prostu, że szczeniak pyta mnie o genezę opowieści, o legendę, przekaz, o to, czy w tamtym czasie i miejscu rozegrała się może jakaś słynna historia miłosna z tragicznym finałem, zakochany idiota utopił się w jeziorze, lub obwiesił na modrzewiu.

Nie wykluczam jednak, że moje myślenie wynika z faktu, iż żyję pod kloszem. Otoczona przez ludzi, którzy czytają więcej niż jedną książkę rocznie, których dzieci prezentują zawstydzający mnie poziom wiedzy, lekcje odrabiają może nie zawsze chętnie, lecz z reguły samodzielnie, niekiedy pod presją przerażających gróźb typu: "jak nie policzysz słupków, to nie pozwolę ci oglądać "Medycyny sądowej", albo "odrób geografię, bo zabierzemy ci czołówkę i nie będziesz mogła czytać ukradkiem po nocy", dzieci, które wiedzą ile lat trwało dwudziestolecie międzywojenne i że Renesans to nie była miejscowość w okolicy Grunwaldu.

Naprawdę, mam tyle szczęścia? Poza moim kloszem tylko patologia, nieuctwo i hodowla niesamodzielnych, nie myślących roślinek?

Poza moim kloszem tylko patologia, nieuctwo i hodowla niesamodzielnych, nie myślących roślinek?

Obawiam się, że grubo się mylę i że zależność wcale nie jest taka prosta. Nie ma lekko, rodzic, który nauczył dziecko radzenia sobie z higieną, jedzeniem, ubieraniem się i w ogóle ŻYCIEM nie ma cienia gwarancji, że na progu szkoły nie zdarzy się wielkie WTEM! I wszelkie odruchy samodzielności magicznie znikną. Że bystre, ciekawe świata, wdrażane do obowiązków i nie prowadzone wszędzie za rękę dziecko normalnie będzie odbębniać lekcje, tak, żeby się nie czepiali i żeby móc śmignąć do ciekawszych zajęć. Z opcją szczególnej uwagi poświęconej przedmiotom, które dziecko interesują.

Nie piszę tu celowo o tym, co się dzieje z absolwentem studiów i jakie są jego szanse na znalezienie pracy. Skupiam się wyłącznie na edukacji podstawowej i średniej.

Chciałabym wierzyć, że będzie jak z ziemniaczkiem i ubieraniem się, że ja się już swoich lekcji naodrabiałam, sprawdzianów napisałam i ocen nadostawałam. Że nie ja idę do szkoły, lecz potomstwo. Że jedenastolatek jest w stanie ogarnąć zadane mu lekcje o własnych siłach i lepiej, żeby to zrobił, bo mu urwę od Internetu.

Czy zdziwię się boleśnie, łzawo i krwawo, a mój klosz szlag trafi?

Nie wykluczam.

Więcej o: