O długoletniej damskiej przyjaźni

Od początku to była mocna przyjaźń, ale jak to jest w związkach, pojawiały się wzloty i upadki. Każda z nas jest zupełnie inna. Ale ważne, że jest!

To było w czwartej klasie podstawówki. Rodzice przenieśli mnie do innej szkoły chyba w październiku, czy listopadzie. Niezła trauma - nikogo nie znałam i musiałam poznać nowe koleżanki i nowych kolegów. Oni byli już ze sobą od pierwszej klasy, a ja musiałam jakoś wejść w to zupełnie dla mnie obce środowisko. W tej klasie była ONA. Celowo piszę o niej ONA, ale kto ma wiedzieć, o kim jest mowa ten wie. Dużo większa ode mnie dziewczynka - wyższa o całą głowę. Nie zwróciła na mnie na początku szczególnej uwagi, ale też nie dokuczała. W drugiej części roku szkolnego jakoś się do siebie zbliżyłyśmy, aż w końcu zaprzyjaźniłyśmy się.

Od początku to była mocna przyjaźń, ale jak to jest w związkach, pojawiały się wzloty i upadki. Każda z nas jest zupełnie inna. Ona jest silną osobowością, która zawsze albo prawie zawsze stawia na swoim. Ja wolę iść na ugodę, bo szkoda mi czasu na przepychanki. Stąd może te nasze różnice sprawiają, że tak dobrze się przyciągamy.

Pierwsze lata przyjaźni to prowadzenie zeszytów, w których zadawałyśmy sobie pytania typu:

- Czy podoba Ci się R. z 4D?

- Czy wolisz niebieski czy różowy kolor?

Zeszyty takie pozwalały nam na rozmawianie na lekcjach, ponieważ nie mogłyśmy siedzieć razem. Tak już było w naszej szkole, że na niektórych zajęciach w ławce musiał siedzieć chłopiec z dziewczynką. Prowadząc zeszyt podawałyśmy go sobie co pewien czas i wpisywałyśmy odpowiedzi. Jak tylko mogłyśmy siedzieć razem, to zawsze siadałyśmy w ostatniej ławce, gdzie ględziłyśmy ile się da. Po lekcjach spotykałyśmy się w swoich domach i dalej bla bla bla o dziewczęcych sprawach. Jak wakacje - to przynajmniej jeden lub dwa tygodnie spędzałyśmy razem u mnie na działce. Było super! Pływanie w jeziorze, opalanie się i cudowne nic nie robienie.

W siódmej klasie podstawówki byłyśmy już BARDZO DOROSŁE. Tak dorosłe, że nie interesowali nas rówieśnicy, tylko starsi chłopcy. Zaczęłyśmy słuchać punka, próbować niedozwolonych rzeczy i zaczęłyśmy chodzić na pierwsze koncerty. Koniec podstawówki, to mnóstwo śmiesznych wspomnień, ale wolę je zostawić dla siebie i dla NIEJ, myślę, że rozumiecie to doskonale. Powiem tyle, że rodzice mieli z nami urwanie głowy i mam wielki podziw dla nich, że z nami wytrzymali. Ja bym takie bachory w dupę kopnęła.

Ten, który skrzywdził jedną z nas, automatycznie stawał się też wrogiem drugiej. NIE MA PRZEBACZ.

W liceum musiałyśmy się rozstać, każda z nas poszła do innej szkoły i trochę się bałam, że to może być koniec przyjaźni. Wiecie, nowi ludzie i nowe otoczenie, ale już po pierwszym miesiącu w nowej szkole wiedziałam, że tak się nie stanie. W szkole miałam znajomych, ale na podwórku Ją - przyjaciółkę. Nasza potrzeba przebywania ze sobą spowodowała, że miałam w pierwszej klasie liceum więcej godzin nieobecności niż obecności, a na zakończenie musiałam pisać poprawkę z matematyki. Oczywiście w naszym życiu pojawili się też chłopcy i czasami nie miałyśmy dla siebie tyle czasu, co w podstawówce. Ci sami chłopcy łamali nam też serca i wtedy było wiadomo, do kogo iść i się wyżalić. Jeśli cokolwiek się działo u jednej, druga rzucała natychmiastowo cokolwiek w danej chwili robiła i szła z przyjacielską pomocą. Ten, który skrzywdził jedną z nas, automatycznie stawał się też wrogiem drugiej. NIE MA PRZEBACZ.

Każda z nas wybrała inne studia, ale tutaj już się nie bałam, jak na początku liceum. Po prostu wiedziałam, że przetrwamy. Co ciekawe, ONA po pierwszym roku studiów rzuciła swój kierunek i zaczęła studiować to samo, co ja. Jak się okazało, to był bardzo fajny wybór. O ile w liceum męczyłyśmy się w szkolnych ławach, o tyle na studiach biegałyśmy na wykłady z chęcią. Miałyśmy też etap wspólnej pracy - najpierw w sklepie, a później w korporacji. ONA w korporacji utknęła na kilka dobrych lat, a ja poszłam do pracy w agencji reklamowej. Tutaj też się nic nie zmieniło w naszych relacjach - mocna sztama. Pojawiały się wśród naszych znajomych nowe osoby, ale na przyjaźń zawsze było miejsce, dużo miejsca.

Będąc już matką i żoną nigdy nie dała mi odczuć, że nie ma dla mnie czasu. Jeżeli w tej chwili nie może wszystkiego rzucić i wpaść na papierosa, to robi to następnego dnia.

W tym dorosłym już życiu poznałam Ją z jej mężem. Są rodzicami dwóch dużych już dziewczynek, a ja miałam zaszczyt być świadkową na ich ślubie. Pewnego dnia dorosłyśmy do decyzji, że nasze życie zawodowe nas nie zadowala, że wkurwia nas każdego dnia to samo i to samo. Że nie chcemy już tak i dalej nie damy rady. Rzuciłyśmy robotę. ONA wcześniej niż ja. Poszłyśmy robić coś zupełnie innego, każda z nas jest teraz na początku nowej drogi zawodowej, ale bardzo się wspieramy. Ja jestem z niej dumna, a ona myślę, że ze mnie też. Wiemy też, że cokolwiek się stanie, to przecież jedna drugiej nie pozostawi na pastwę losu.

Każdemu z Was życzę takiej przyjaciółki/przyjaciela. Takiej osoby, z którą strzelicie rytuał braterstwa krwi.

Będąc już matką i żoną nigdy nie dała mi odczuć, że nie ma dla mnie czasu. Jeżeli w tej chwili nie może wszystkiego rzucić i wpaść na papierosa, to robi to następnego dnia. Rozmawiamy przez telefon średnio co drugi dzień, a często też po kilka razy dziennie. Jak tylko dopada nas jakaś życiowa przykrość, to stoimy przy sobie twardo. Ja taką miałam kilka miesięcy temu - ONA rzuciła wszystko i była ze mną i przy mnie. Po prostu była i wspierała. Przy niej płaczę, przy niej się śmieję, przed nią nie mam żadnych tajemnic i wiem, że cokolwiek się dzieje, mogę na nią liczyć. Nasza przyjaźń każdego dnia się umacnia, każdego dnia się rozwija i jestem JEJ za to bardzo wdzięczna.

W tym roku mija 24 rocznica naszej przyjaźni i nie wyobrażam sobie, że coś może ją przerwać. Każdemu z Was życzę takiej przyjaciółki/przyjaciela. Takiej osoby, z którą strzelicie rytuał braterstwa krwi - tak, zrobiłyśmy to kiedyś, nacinając palce kawałkiem puszki, z której piłyśmy piwo, mając chyba czternaście czy piętnaście lat.

Na zdjęciu podpisuję Jej akt ślubuNa zdjęciu podpisuję Jej akt ślubu

OD REDAKCJI:

Chcemy zachęcić Was, żebyście przysyłali nam swoje historie o przyjaźni. Czekamy na Wasze opowieści o tym, jak bardzo wyjątkowa (i dlaczego) jest przyjaźń, która Was połączyła.

Najciekawsze opowieści przez całe wakacje będziemy publikować na Fochu. A wywiad z jedną, wybraną parą przyjaciół trafi do książki o przyjaźni, nad którą pracuje Hanna Rydlewska, redaktor naczelna Weekend.gazeta.pl

Piszcie na adres: foch@agora.pl

Na Wasze zgłoszenia czekamy do końca lipca. Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów zrewanżujemy się książkowym upominkiem.

Więcej o: