Przed Dniem Dziecka: strzeżcie się durnych książeczek

Każdy rodzic ma swoje strachy: jedni boją się gara z wrzątkiem wylewającego się na głowę pociechy, inni drżą ze strachu przed dilerem czyhającym na dziecinę z workiem darmowych narkotyków we wszystkich smakach i kolorach. A ja z lękiem spoglądam na koszmarne książeczki, które masowo zalewają nasze dzieci za sprawą darczyńców.

Oczywiście żarty, żarty. W temacie rodzicielskich lęków mogłabym spisać całkiem obszerną listę  i zaręczam, że literatura byłaby gdzieś daleko, ale z drugiej strony nie jest mi wszystko jedno, co czytają moje dzieci. Wiadomo - książka to prezent idealny. Jeść nie woła, a przy tym wiadomo, że już z racji samej formy - wiecie, papier, litery, jakaś treść, ilustracje - zaspokaja potrzeby edukacyjno-estetyczne. Tylko, że nie. Lata rodzicielskich praktyk i obserwacji pozwalają mi wierzyć, że Księga Umarłych z filmu "Martwe zło" to przede wszystkim metafora  książeczek dla dzieci, które kupują wam inni.

Te z głupimi wierszykami

Dżip to auto co się zowie, z każdą drogą radzi sobie, góry, lasy czy dolina to dla niego nie nowina. - recytuję z pamięci, chociaż mój syn odstąpił od żądania czytania tej konkretnej książeczki jakieś siedem lat temu. Tak, wryło się w pamięć mocniej niż definicja ciągu Fibonacciego. Nie, nie jest to taki straszny wierszyk, ale uzmysławia jak  intensywnie z treścią książeczek muszą obcować rodzice. Otóż bardzo intensywnie. Często powyżej dwudziestu przeczytań na godzinę.

Dlatego, gdy widzę wyzierającą z torby z prezentem okładkę, a na niej choć cień sugestii iż jest to "Dobre wychowanie - wierszem", "Matematyka dla juniora - wierszem", "Książka kucharska dla dzieci - wierszem", "Ta urocza fizyka kwantowa - wierszem", zaczynam się trząść. Większość wierszyków bowiem jest POTWORNIE zabawna, NIESAMOWICIE młodzieżowa i w dodatku przesiąknięta Częstochową.

Pointa? Jaka pointa, piszemy dla dzieci. Sens? Eeeee, ważne, żeby się rymowało. Rytm? Daj spokój, to nie piosenka.  Na wszelki wypadek wszystkie książeczki z wierszami o różowych prosiaczkach, wesołych cielaczkach,  limuzynach na sprężynach, wesołych misiaczkach, co skaczą po krzaczkach dyskretnie wynoszę z domu.

foch.plKtoś jeszcze cudownie się czuje?

Te ze strasznymi obrazkami

Możecie nazwać mnie  pokręconą estetyczna purystką, albo gorzej, ale trudno mi zdzierżyć dziecięce książeczki ze szkaradnymi obrazkami. Wcale nie chodzi o to, że mają być same dzieła sztuki, ale niech to chociaż będzie przyswajalne wizualnie. Mam alergię na generowane komputerowo obrazki typu połącz kółko z prostokątem, dodaj dwa urocze motylki z innej bajki, niech wszystko się mieni, błyszczy i migoce, niech będzie słodko i przepięknie. Mam dosyć obrazków w książeczkach typu "poznajemy zwierzęta", na których chyba nawet sam autor nie rozpoznaje swych wytworów. Obrazków, na których wszystko wygląda, jakby ktoś kopnął w monitor.

foch.plSiema! Jestem rogatym ślimakiem

Osobny krąg piekieł rezerwuję dla autorów ilustracji w książeczkach dla dziewczynek. Jakby nie wystarczyło nadużywanie różu, motywu serduszek, kwiatuszków i słodziastych króliczków, trzeba dorzucić jeszcze postaci, które ze swym powłóczystym spojrzeniem, zarumienionymi policzkami i  pozami a la "no siema, leżę taka roznegliżowana i samotna na tym szezlongu, a co u Ciebie?"  równie dobrze sprawdziłyby się w ulotkach z sex-telefonu.

foch.plBędziesz szczęśliwa TY!

Te z głupią treścią

Ponieważ dorastałam w otoczeniu undergroundowych muzyków wiem, że czasem nie chodzi o formę, a o przekaz. Aha. Jasne. Tylko, że najczęściej wygląda to tak, jakby chodziło po prostu o zapełnienie literami przestrzeni między ilustracjami tak, żeby wyszło 5-10 stron, wrzucasz to do hipermarketu za 3 zł i jest bestseller.

Mamy więc powielanie stereotypów, namawianie do głupot, albo zwyczajny brak jakiegokolwiek morału. Ale to jeszcze nic w porównaniu z majstersztykiem jakim okazała się brawurowa publikacja o przyjaciołach słonia, w której zebra wygląda tak:

foch.plZebra, żyrafa - kto by się połapał

Przy tym ujdzie nawet  Encyklopedia prądu", w której opisy zasad działania urządzeń są tak niejasne, iż o pobudzanie tychże urządzeń do  działania można by podejrzewać nie prąd, a czarną magię pozyskiwaną ze skrzydeł nietoperzy.

Te najgorsze

Te na baterie, grające, śpiewające, książeczki karaoke, te buczące i te trąbiące. To się nazywa "interaktywne", ale oznacza jedno - nie służą do czytania, służą do generowania hałasu. Czyli stymulują to, co i tak jest już genialnie wystymulowane przez inne zabawki. Mogę przeżyć te z pianinkiem i nutami.

foch.plJest szansa, że czegoś się dziecko nauczy

A w następnym odcinku wasz zrzędliwy kot opowie wam jakie książeczki sprawdziły się u nas w domu, są ładne i niegłupie, oraz nie kosztują 300 zł i nie trzeba ich trzymać w sejfie, bo jest tylko pięć sztuk na świecie, więc łapy precz.

Więcej o: