Po weekendowych spacerach: dlaczego nie umiemy niczego uszanować?

Korzystając z uroków długiego weekendu poszłam sobie na spacerek. Podobno to świetnie działa na poprawę humoru. Dlaczego zatem wróciłam smutna i zła?

Fort Bema

Mam to szczęście, że mieszkam w wyjątkowo przyjemnej okolicy. Zaraz za ogrodzeniem mojego osiedla rozpościera się urokliwy teren Fortu Bema. Dużo zielonego, stare forty, przyjemne kanały z kaczuszkami. Jako park w zasadzie mało popularny, przychodzą tu tylko ludzie z najbliższej okolicy. I doskonale, bo to naprawdę wystarczy.

Zacznijmy od tego, że niedoświadczony spacerowicz powinien pamiętać o tym, aby założyć swoje najgorsze buty. Fort Bema jest jedynym miejscem w okolicy, gdzie można spokojnie pospacerować z psem. Spokojnie oznacza w tym kontekście - bez zbędnego wysiłku i pochylania się nad problemem psiej kupy. Dosłownie. Biorąc pod uwagę slalom, jaki musiałam wykonać żeby dotrzeć do najbliższego chodnika, nie pochyla się tutaj nikt. Wiem, temat rzeka, a raczej ściek. No trudno. Zamknij oczy, zatkaj nos i fruń do przodu. Uważaj tylko kochanie, żeby zbyt gwałtownie nie wchodzić na chodnik.

Chodnik podzielony jest na dwie części. Na jednej z nich płonie różem kostka brukowa, wymalowany jest także pracowicie biały symbol przedstawiający rower. Polak przekorna bestia, po różowym nie pojedzie. Tylko po szarym. Nie zdążysz uskoczyć, twój problem. "Przecież dziecku nie sposób wytłumaczyć". No tak, głupich przecież nie sieją, a na geny nic nie poradzę. Zwiewam zatem z chodnika i nurzam się w zieloność i jak łódka brodzę, śród fali kup śmierdzących lekko sobie chodzę...

Celem mojego spaceru jest położona nieopodal galeria street artu 40/40. Dwa lata temu jakiś myślący urzędnik oddał opuszczony budynek w ręce artystów. W kilku "salach" młodzi artyści stworzyli ogromne dzieła sztuki ulicznej. Galeria nie była nigdy nadzorowana, wejść można tam przez całą dobę - wszystko dla ludzi. Ostatni raz zaglądałam tam zimą, gdy park nie cieszył się szczególną popularnością (minus ten temat z kupami, ale wtedy było nieco łatwiej je dostrzec). Było fajnie.

 

Galeria 40/40Galeria 40/40

 

Tym razem opadły mi łapki, brwi się podniosły, a dupę mi urwało. Najpierw musiałam wykonać kolejny slalom, pomiędzy grillującymi amatorami zielonej trawki. Nie zrozumcie mnie źle, uważam takie grillowanie w parku za bardzo fajną sprawę. Tylko tak się niestety składa, że tam po prostu grilla rozpalać nie wolno. W Warszawie grillowanie parkowe dozwolone jest w bardzo konkretnych miejscach, ten kawałek Fortu Bema niestety do nich nie należy.

Ale co tam, załóżmy, że jesteśmy grzeczni, kulturalni i stać nas na zapłacenie mandatu. No więc słabiutko, bo w punkty podchodzące pod kulturę nie bardzo podchodzi mi zasmradzanie całej okolicy benzyną (podpałka do grilla jest taka kosztowna, wiecie) czy podjeżdżanie na wybrane stanowisko samochodem (legalnie zaparkować można 100 metrów dalej, ale kto by się tym przejmował). W sumie z tym samochodem to wypadałoby zrozumieć. Zapominam bowiem stale, że samochód is the new boombox, a prawdziwy meloman musi posłuchać ulubionych przebojów w trakcie rodzinnego pikniku. On, cała rodzina, a także wszyscy spacerowicze i okoliczni mieszkańcy (tak, kumam - kupiłeś tę tańszą wersję beemki, ale nadrabiasz wypasionymi głośnikami). Mało kto zwróci jednak uwagę panu, dumnie prezentującemu owłosiony tors i pośladek wystający z kąpielowych gatek. Jak wiadomo, to najstosowniejszy strój na rodzinną wyprawę do publicznego parku. Obowiązkowo trzeba też drzeć ryj wyśpiewując najnowsze przeboje disco polo. Małżonka buja w rytm biustem obleczonym w bieliźniany stanik. Wszak jasnym jest, że bikini to dopiero w lecie. Bawmy się.

 

Ależ żabciu...Ależ żabciu...

 

Do galerii docieram już nieco sfrustrowana, ale w końcu teraz czeka mnie miła fotograficzna rozrywka w chłodnych wnętrzach. Natychmiast po wejściu do budynku wpadam w wykutą w podłodze dziurę. Miałam szczęście, bo do połowy zapchana jest śmieciami. No właśnie, śmieciami. Śmieci są WSZĘDZIE. Przerażające masy butelek, opakowań po kurczakach, torebek po chipsach, pogniecionych puszek, worów wypchanych plastikowymi talerzami. Ale kurczę, przecież to nie to tak tu śmierdzi... W takim razie co, do cholery? Odpowiedź dostaję po minucie. Urocza pani w stroju piknikowym zagania do budynku dwójkę maluchów. "Siusiaj tam w rogu kochanie, tam za kominkiem" - szepce kobieta scenicznie. "Mamo ale ja chcę kupę...". Naprawdę chcecie usłyszeć zakończenie?

Graffiti poniszczone, poskuwane ze ścian, zamalowane porządną polską kurwamacią i chujem bez c. Wiem też, co lubi robić niejaki Franek. Sądząc po tym, co leży na podłodze - przynajmniej się zabezpiecza.

 

Cześć Franek!Cześć Franek!

 

Przecież wszystko jest dla ludzi, c'nie?

Japonia na Google Street View jest taka piękna...

Więcej o: