Cisza nocna: miasto może nie spać, ale niech nauczy się bawić

Akcja "Warszawa - tu się nie śpi" nie spędza mi może snu z powiek, ale wrażenie na mnie jednak robi. I to niekoniecznie pozytywne. Jak zwykle rzecz rozbija się nie o samą ideę, a o próby jej realizacji i frapująco idiotyczną argumentację.

 

wawa

 

Cieszy mnie szalenie, że Warszawa pragnie brać przykład z innych europejskich miast i być stolicą na światowym wręcz poziomie. Martwi natomiast, że skoro nie widzimy szans na wprowadzenie fantastycznych udogodnień dla mieszkańców (takie tam bzdury jak miejsca do parkowania w centrum, upłynnienie ruchu drogowego, czy - zaiste drobiażdżek, dbałość o czystość), to rzucamy im ochłap w postaci przyzwolenia na darcie ryja pod czyimiś oknami. To przecież bardzo po europejsku. No i od czegoś trzeba zacząć - wiadomo, sfrustrowany człowiek musi się przecież napić i wykrzyczeć swoje pretensje do świata. Dajmy mu szansę.

Oczywiście nie będziemy tego tak reklamować, my będziemy piać o "krzewieniu kultury". Kulturę, jak wiadomo, należy wspierać, rozwijać, dbać o nią. Niestety kultura bez kultury raczej obejść się nie może. A bez tej drugiej - czyli osobistej - mamy malutki problem. Na podstawie przeprowadzanych przez szereg lat badań terenowych śmiem stwierdzić, że krzewienie kultury ma bezpośredni związek z hałasem, (excusez le mot) obszczanymi bramami i ulicami pełnymi wszelakiego śmiecia. Kulturalne rozmowy kwiatu młodzieży polskiej obfitują zwykle w wyrażenia, co to obrażają niektórych wypowiedziane nawet szeptem, a wydarte pijacką paszczą o pierwszej w nocy, raczej nie zasłużą na akceptację. Kto bawił na mieście, ten wie - nie ma co się tu rozwlekać. Ba, nie trzeba nawet wychodzić do centrum, aby doświadczyć imprezowej kultury okolicznej ludności.

I tu pojawia się znakomity pomysł - jak się komuś nie podoba, to niech się wyprowadzi z centrum! Koncept zaiste zmyślny (podobno udało się to w Katowicach i w Krakowie - PODOBNO), niewątpliwie też szalenie prosty w realizacji. Tak się jednak dziwnie składa, że wszyscy tego konceptu piewcy stoją w kilometrowych korkach, aby dojechać po pracy do swoich zacisznych (hm...) mieszkanek w dzielnicach znanych jako sypialnie Warszawy. Zamienicie swój cenny apartament na miłą przystań jakiejś staruszki w centrum? Jakoś myślę, że niekoniecznie. Buńczuczne "jak się kupowało mieszkanie w centrum, to trzeba było się z tym liczyć" doprowadza mnie do stanu, w którym myślę o obowiązkowej lobotomii za głupie teksty. Oczywiście, jeżeli jesteś młody, masz pracę, możliwość dostania kredytu - poradzisz sobie z ucieczką z centrum bez problemu. Pomyślmy teraz o tym, kto zazwyczaj stare kamienice w centrum i poza nim zamieszkuje. Poza nim, czyli Praga i Mokotów - to także newralgiczne okolice.  A co do Pragi, to często słyszę, że "tam i tak mieszka tylko patologia". Do jasnej cholery - patologia też ma dzieci!

Pomyśleliście? Doskonale, wiecie już o co mi chodzi. Nie pomyśleliście? To nie wiem, jakim cudem dotarliście do tego fragmentu. Do argumentu "niech się wyprowadzi", czasem dołączane są inne - postulujące współpracę między mieszkańcami, a właścicielami lokali rozrywkowych. Jednym z postulatów jest ufundowanie przez rzeczonych właścicieli wymiany okien w sąsiednich mieszkaniach na takie, które hałasu nie przepuszczają. Ja sobie oczywiście zdaję sprawę z tego, że Polska lubi śmierdzieć, a świeże powietrze nie jest w cenie. Jednak teoria "nie lubisz się bawić, żyj w puszce" nieco mnie mierzi. Muszę rozwijać? Nie? Taką miałam nadzieję.

Kolejny doskonały pomysł, to zniesienie ciszy nocnej. Ale zaraz, przecież oficjalnie ona nie istnieje. Doskonale, w końcu zrozumiałam dlaczego straż miejska i policja nie reagują na wezwania dotyczące jej zakłócania. A jeżeli już, to bardzo wybiórczo. Mieszkam w bloku i świetnie rozumiem, że sąsiad nie osioł, bawić się musi. Dlatego z pokorą znoszę weekendowe imprezki, czasem tylko zaklnę pod nosem, gdy pijackie ryki zagłuszają nawet głośno grający sprzęt. Jednak organizowanie takiej imprezy w trakcie roboczego tygodnia, uważam za zbydlęcenie obyczajów, zwłaszcza gdy nie jest wyjątkiem, a normą. Ale o roszczeniowych świniach już pisałam, nie ma sensu do tego wracać. Wracając do sedna - myślę, że gdybym mieszkała w centrum, ocipiałabym w dwa miesiące. A uważam się za osobę odporną na hałas. Nie jestem niestety odporna na chamstwo, które zwykle temu hałasowi towarzyszy.

Prawda jest taka, że całe rzesze ludzi nie umieją się kulturalnie bawić i nie potrafią korzystać kulturalnie ze wspólnych przestrzeni. Dlatego albo należy te przestrzenie zepchnąć na tereny industrialne, lalbo poupychać w podziemiach. To co prawda nie rozwiąże problemu ogólnego syfu, smrodu i chamstwa, ale przynajmniej nie naraża to na kontakt z tymi "przyjemnościami" osób postronnych. Problem hałasu eliminuje się z automatu. Ale oczywiście tu natychmiast podnosi się zgodny ryk, że przecież trzeba w takie miejsca dojechać. I znowu - naprawdę uważam, że jeżeli stać człowieka na zalewanie pały w centrum miasta, to stać go też na dojazd w odpowiednio wytyczone okolice. A miasto na pewno powinno mu ten wygodny dojazd zapewnić. Szkoda czasu na dojazdy? Pij w domu. Jest szansa, że tam nie zasikasz klatki schodowej. No, cień szansy.

Podsumowując mój mały hejcik - jeżeli chcemy organizować sobie wspólną przestrzeń do zabawy, najpierw nauczmy się bawić. A potem zastanawiajmy się nad tym, gdzie możemy dać upust swojemu pędowi do rozrywki. W mieście miejscem dla dzikich zwierząt jest ZOO. Jeżeli zwierząt nie udomowimy, nie ma wyjścia - trzeba zamykać je za siatką.

Polecam poczytać zalinkowane tu komentarze lub artykuły z sekcji "Cisza nocna w Warszawie". Cenne doświadczenie.

Więcej o: