Boję się komunikacji miejskiej i nienawidzę swoich zdjęć - moje fobie i paranoje

Nie wiem jak Wy, ale ja czasami mam wrażenie, że jestem zwariowaną wariatką. Wszystko bierze się z tego, że mam mnóstwo fobii i lęków, które są mądre, jak mądra jest kałuża z błotem. Ale to podobno tak działa - lęk jest nieracjonalny, a fobia jest uporczywym lękiem przed określonymi sytuacjami lub obiektami, które w praktyce nie są niebezpieczne. Na szczęście moje fobie nie utrudniają mi jakoś życia.

Ja nie wyśmiewam się z czyichś fobii i lęków, bo to nie jest nic śmiesznego dla danej osoby, ale mogę się pośmiać ze swoich. Może dzięki temu w końcu mi przejdą moje dziwactwa i nie będę miała tej przerażającej wizji siebie w przyszłości: staruszki gadającej do siebie i wygrażającej wszystkim i wszystkiemu.

Ale zanim się zestarzeję i umrę w samotności, zjedzona przez koty, jeszcze trochę czasu minie. Tak więc dla tych, którzy chcą zapoznać się z moimi dziwactwami, zapraszam do dalszego czytania. Śmianie się w komentarzach wskazane.

A Ci, którzy już mają dosyć, to pa pa, spotkamy się (mam nadzieję) przy innym tekście.

Uwielbiam prowadzić samochód, myślę też, że nie jestem jakąś ostatnią lebiegą w tej dziedzinie. Ale czasami, jak prowadzę, to ze strasznymi rzeczami muszę walczyć. Jedną z nich są tiry. Tiry są duże, szybkie i mogą mnie zepchnąć podmuchem do rowu. Mam mały samochód, który na 99,9% dostanie się w tunel powietrzny zrobiony przez tira. Jeszcze gorzej jest, kiedy jadę wiaduktem obok tira. To już totalna masakra. Nie dość, że ten podmuch, to przecież tir na pewno przewróci się na mnie i zgniecie. To pewne jak to, że dwa plus dwa równa się cztery. Oczywiście do tej pory nie przydarzyło mi się ani zepchnięcie przez tira, ani tym bardziej zgniecenie. Ale obawa nadal jest.

W komunikacji miejskiej jest więcej przeciwności losu. Po pierwsze tłok. Nie cierpię tłoku i tłumów. Nie cierpię, jak ludzie się o mnie ocierają, a najgorzej to już jest, jak trzymam się poręczy i czyjaś łapa na mnie się ześlizguje. Mam ochotę wyć i bić. To jest takie połączenie demofobii (lęku przed tłumem) z mizofobią (lękiem przed zanieczyszczeniami). Jest to oczywiście domorosła psychologia, niepotwierdzona przez żadnego lekarza, z wyjątkiem internetu. Internetek wie wszystko, wie nawet to, że ryk tygrysa jest słyszalny z odległości ponad 3 kilometrów. Pociągi, to już w ogóle zło i niedobro. Brudne toalety i zagłówki, w których kryją się zarazki. Zawsze, jak wysiądę z pociągu, to mam później pryszcza. Przypadek? Nie sądzę.

Możecie się śmiać, ale jeżdżenie komunikacją miejską i podmiejską wywołuje we mnie fujkę. Ciekawe, że nie mam tak w samolotach - pańcia ą i ę.

Druga kategoria moich fobii, to fobie z dupy, czyli już totalny absurd, gdzie pewnie i lekarz nie pomoże. Pójdę do niego, a on mi powie - Olczakowa, ogar! (ogar - ze słownika młodzieżowego - skrót od "ogarnij się". Słowo zasłyszane od córki mojego kolegi D.).

Oglądanie siebie na zdjęciach. Na każdym mam trzy podbródki, ewentualnie wyglądam, jak rzodkiew - twarz nieskalana żadną myślą. W tym temacie, oczywiście, przodują zdjęcia do dokumentów. Moje ulubione to w prawie jazdy. Miałam wtedy dwadzieścia coś lat, a wyglądam na nim, jak zaniedbana czterdziestolatka z problemem alkoholowym. Uroku nie dodawały mi również blond włosy (tak, jedna z tych rzeczy, która nigdy nie powinna się zdarzyć). Kolejne super zdjęcie do dokumentów trafiło mi się niedawno - do chińskiej wizy. No muszę przyznać, że spokojnie mogliby mnie pokazywać w wiadomościach, jako tą panią, co pobiła dzieci na placu zabaw, ewentualnie okradała staruszki sposobem na wnuczkę.

miss olgu

Straszną sprawą są również polskie komedie od roku 1989. Nie mogę na to patrzeć, ja się tego boję, ja mam drgawki, palpitacje serca i chce mi się płakać. Bolą mnie nieśmieszne dialogi, a gęsia skórka pojawia mi się na widok niektórych aktorów, których kiedyś lubiłam... W tej kategorii mieszczą się również polskie sitcomy, które są tak śmieszne, że mam ochotę wydłubać sobie oczy i stracić słuch, żeby już nigdy nic nie widzieć i nie słyszeć.

Mam jeszcze jedną fobię, która zatruwa mi momentami życie. To jest lęk wysokości. Powinnam umyć okna, ale jak pomyślę o wejściu na parapet, to już mi jest słabo. Na szczęście mam wyrozumiałych przyjaciół, którzy obiecali wpaść do mnie i pomóc mi to ogarnąć. Lęk wysokości pamiętam jeszcze z dzieciństwa, kiedy to latałam na huśtawce. A w zasadzie nie latałam, bo się bałam. Tylko do pewnej wysokości czułam się bezpiecznie, później już był dyskomfort. Z tym lękiem da się żyć w miarę spokojnie - przynajmniej w moim przypadku. Nie chodzę po górach, nie wychodzę na balkony, które moim zdaniem nie są stabilne i na pewno się urwą, nie wychylam się przez barierki. Co ciekawe, wjechałam na taras widokowy na Burj Khalifa i nie bałam się. Nie umiem tego wyjaśnić, ale tam wysokość nie miała dla mnie żadnego znaczenia.

Na zakończenie swojego wywodu chciałam powiedzieć, że prawie każdy się czegoś boi. Każdemu coś w życiu przeszkadza, a żyć trzeba. Dobrze jest też czasami popatrzeć z boku na swoje dziwactwa, jak ja to właśnie zrobiłam i zastanowić się raz jeszcze, czy rzeczywiście ma mnie to ograniczać, czy jest jakiś sposób, żeby to obejść. Chciałabym raz jeszcze powiedzieć, że nie mam zamiaru bagatelizować czyjegoś lęku. Jak coś Ci doskwiera, to mów o tym. W części przypadków zostaniesz wyśmiana/wyśmiany, ale pffff, ja Cię nie wyśmieję, ja Cię zrozumiem. I takich, co Cię zrozumieją, a przynajmniej będą starali się zrozumieć, jest więcej. Przybijmy sobie piątkę.

Więcej o: