O babskim czepialstwie i męskim tumiwisizmie, czyli znowu sterta garów w zlewie

Nic mnie tak z równowagi nie wyprowadza jak góra brudnych naczyń piętrząca się w zlewie. Od razu wskakuję w tryb "furia", zwłaszcza gdy naczynia tak drugi dzień stoją. No taka już ze mnie baba wredna i czepialska.

foch.plTaka ładna kompozycja, a ona krzyczy: pobite gary!

Czemu się wkurzam? Bo to JEGO obowiązek żeby te gary włożyć do zmywarki. Nie, nie musi nosić do rzeki i tam żmudnie opłukiwać tudzież trzeć piaskiem. Zmywarka jest w domostwie - wystarczy włożyć i puścić w ruch. I to On puszcza. No tak się umówiliśmy, że to Jego działka, taki mamy podział obowiązków domowych. Ja piorę i gotuję - On ogarnia gary i wynosi śmieci. Fair? Pewnie, że fair.

Tylko że istnieje dysproporcja: ja swoje robię, kiedy trzeba, a On kiedy mu pasuje. Wielokrotne prośby i monity - że te naczynia to ja Cię proszę weź już, no ile dni tak będą stały, no przecież tylko chwilę Ci to zajmie a ten syf mi działa na nerwy - niestety nie odnoszą skutku. Kumulacja trwa. A ja zgrzytam zębami i burczę pod nosem okazjonalnie wybuchając, zwłaszcza gdy już łaskawie zapakuje tę zmywarkę, ale na wszelki wypadek zlewu nie umyje. Bo to się samo robi, wiecie.

Oczywiście, sama też święta nie jestem i do perfekcyjnej pani domu trochę mi brakuje. Mam kurz pod kanapą (oburzające, wiem), nie składam równo skarpetek (w ogóle nie składam) i przyznałam się już do moich flejowatych obyczajów biurowych. O wszechobecnym bajzlu generowanym przez dzieci nawet nie wspominam - ja go aktywnie wypieram ze świadomości. I tak, to prawda, sama też umiem wyhodować wieżę babel z garów i talerzy. Rozumiem też że zmęczenie i nawał obowiązków (tak znam to, właśnie dlatego sypiam po trzy godziny na dobę, elo).

Wiem, że to mój kolejny tekst z cyklu "dlaczego faceci?" i dąs, i foch i pretensja. Trochę jestem tym faktem zażenowana, przyznaję, bo wychodzę na mentalną trzynastolatkę (a może jestem, foch!). Mogłabym oczywiście zacisnąć zęby, zakasać rękawy i sama sprzątnąć chlew skoro mi tak przeszkadza. Logiczne, nieprawdaż? I czasem nawet tak robię, ale potem zła jestem na siebie, że ustanowiłam niedobry precedens. Bo przecież ja te gacie piorę choćby się waliło i paliło i choćbym miała o czwartej rano na suszarce rozwieszać. Wstać o szóstej po dwóch godzinach krzepiącej drzemki, by ugotować zupę? Też mi nie pierwszyzna. Ot, taki etos pracy i poczucie obowiązku - nikt mnie nie musi wyręczać.

Nie chcę się tu użalać nad moim ciężkim losem - radzę sobie i nawet chwalę. Miłe mam życie bez dwóch zdań. Domagam się tylko odrobiny wzajemności w podejściu do obowiązków domowych. Dla lepszej równowagi - mojej, psychicznej. Bo ten olewacki stosunek do wspólnej przestrzeni życiowej bardzo źle mi robi. A kiedy jestem zła, to jestem bardzo zła. To nikomu nie wyjdzie na dobre.

Więcej o: