Jak dobrze mieć sąsiada, o ile nie jest chamem lub potworem

Dzień dobry. Nazywam się Adaś Miauczyński i jestem inteligenckim frustratem. Moi sąsiedzi doprowadzają mnie do szału lub łez. A to wszystko (jak zwykle!) przez moją matkę...

Mama wymyśliła sobie, w zamierzchłych latach 70. mieszkanie w domu na wsi. Bo super, bo las, łąka, bo dzieci można puścić w trawę i nie zrobią sobie krzywdy (o, naiwności!). Znajomi będą przyjeżdżać i w ogóle - same plusy.

W praktyce, nie wyglądało to już tak różowo, przynajmniej z mojej perspektywy. W wieku przedszkolnym faktycznie jest super. Potem dom na wsi jest osobnym tematem na artykuł "jak zniszczyć życie towarzyskie nastolatka". A potem znowu jest super, jak się ma te 20-pare i 30 lat, i myśli się, że w sumie fajnie by było zamienić mieszkanie w bloku na dom w lesie... Co tylko dowodzi, że człowiek na starość dziecinnieje. Ale wracając do meritum: jestem dzieckiem z lasu. W dodatku dzieckiem z tak zwanej porządnej rodziny. Wychowanym wśród ludzi, którzy odnosili się do siebie serdecznie i z szacunkiem. W miejscu, gdzie sąsiadom mówiło się "dzień dobry”, a wszyscy rodzice się znali i wiadomo było, że jak coś zbroisz, to twoi się dowiedzą na bank. W miejscu, gdzie jest spokojnie, cicho i zielono.

Jestem dzieckiem z lasu, teraz mieszkam w dżungliJestem dzieckiem z lasu, teraz mieszkam w dżungli

Dziś mieszkam w warszawskim bloku, gdzie jestem notorycznie gwałcona przez oczy i uszy. I przynajmniej raz na tydzień przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez sąsiadkę - panią weterankę powstania warszawskiego, której czasem pomagam załatwić to i owo: "Przez całą wojnę, za każdym razem jak mnie zatrzymywali modliłam się żeby tylko nie wylądować w kołchozie. No i patrz, dziecko, na co mi przyszło...”

Na to nam przyszło, że mieszkamy wśród chamów, w otoczeniu pełnym agresji. Są wrzaski, jest głośno, jest kradnięcie żarówek z klatki i opryskliwy pan ze wspólnoty. Ludzie, których mijam na klatce po raz setny, na moje "dzień dobry” reagują w większości zdziwieniem lub burknięciem. Zła muzyka na cały regulator i awantury są na porządku dziennym. Nad moim mieszkaniem, na przykład, mieszka rodzina potworów. Chyba wszyscy na zasiłkach, bo awantury są od rana do nocy dzięki sztafecie pokoleń - rano słychać głos starego potwora, który drze się na żonę i matkę, wieczorami - młodego, który drze się na dziewczynę, matkę i babcię. Obydwaj lubią też paniom przylać, ale wezwana kiedyś przeze mnie policja powiedziała, że "oni w sprawy rodzinne się nie mieszają i że można jedynie straż miejską wezwać za zakłócanie ciszy”.

Spotkania z sąsiadem (nie wiem, czy którymś z wymienionych, czy innym) nie przeżył niestety mój rower. Sądząc po śladach walki, musiał rzucić się na wracającego do domu sąsiada i rozbić mu piwo. Sąsiad zrobił więc z roweru sztukę nowoczesną, tak wstrząsająco piękną, że poproszony o pomoc w wyniesieniu chłopak z pobliskiego serwisu rowerowego aż przykucnął na jego widok z wrażenia i zawołał kolegów, żeby też zobaczyli.

Cham-artCham-art

W tej sprawie wezwana policja spisała raport i powiedziała, że mogą chodzić po sąsiadach i pytać, bo to już spora kwota, ale "na co to pani, przecież będzie pani tu jeszcze mieszkać, jeszcze coś się stanie, przecież na pewno wraca pani wieczorami albo chodzi z psem”. No fakt. Wracam, chodzę, lepiej poddać się terrorowi lumpenploretariatu.

Zupełnie inną kwestią jest korespondencja klatkowa. Bo wiecie, innym mieszkańcom bloków przeszkadzają różne hałasy. Na przykład płaczące dzieci. Albo psy. Albo odgłosy miłosne. I to jest wyraz blokowej hipokryzji. Nikt przecież potworowi jednemu i drugiemu nie zwróci uwagi, że się wydziera i bije żonę. Nikt nic w sprawie kradzieży i zniszczeń nie napisze. Ale "dziwka z naprzeciwka” musi zostać napiętnowana.

Zamiast szkarłatnej litery - kartką A4!Zamiast szkarłatnej litery - kartka A4

Nie mam pojęcia do kogo adresowany jest ten list, wisiał na bramie wejściowej. Ale zawiera w sobie chyba całą żółć i frustrację tego blokowego mikroświata. No i szowinizm, bo nie napisano przecież "ludzie, ciszej!” tylko "kobieto!”. Bo facet przecież nie ma w tym żadnego udziału. Faceta opieprzać nie wypada.

Szczerze? Mi to nie przeszkadza. Jak słychać ochy i achy to włączam muzykę albo olewam sprawę. No przecież to nie trwa wiecznie. Bardziej mnie w uszy kłują wyzwiska i płacz pani z góry. Ale wiadomo - to są sprawy rodzinne i nie ma co się mieszać.

Więcej o: