Ta podstępna dziwka - tarczyca. Może to również twój problem?

Z wielu przyczyn pisanie tego tekstu nie jest dla mnie łatwe. Dlatego myślę, że nie będzie ani zabawny, ani błyskotliwy, na pewno będzie za to prawdziwy. Trudno, czasem trzeba.

Chciałam efektownie zacząć od tego, że nigdy nie byłam szczupła. Ale podesłano mi ostatnio moje zdjęcia z okresu, kiedy miałam 29 - 30 lat i muszę powiedzieć, że owszem, byłam. (ach, chciałabym być tak szczupła jak wtedy, kiedy myślałam, że jestem gruba, znacie to, nie?)

Nie spasłam się w ciąży. Między innymi dlatego, że na początku schudłam równe pięć kilo, doprawdy, nie w nastroju do jedzenia byłam. Mój organizm okazał się mądrzejszy ode mnie i winszował sobie wyłącznie zdrowe jedzenie, nabiał, warzywa, chude mięso, gardząc słodyczami i tłuszczem. Przybrałam 18 kilo, urodziłam razem 6 kilo dzieci i błyskawicznie wróciłam do wagi sprzed ciąży, ba, nawet trochę niższej. Nie wypadły mi włosy, zęby, ani paznokcie, skończyłam bez rozstępów i nadal nosiłam ten sam rozmiar buta. Ogólnie - nie było źle. Byłam z siebie dość zadowolona, być może bezpodstawnie, ale jak wiadomo w samozadowoleniu nie o podstawy chodzi.

Zaczęłam tyć. Tak po odrobince, ale stale. Więc wzięłam się za siebie. Więcej spacerów, mniej chleba. I wiecie co? Nic to nie dało.

Ostatnio uczciwie próbowałam ustalić, kiedy właściwie zaczęło być źle. Myślę, że mniej więcej wtedy, kiedy moje dzieci skończyły dwa lata. Miałam już temat pod kontrolą, od dawna normalnie pracowałam, wszystko kręciło się sprawnie i bez większych problemów. I nagle wtem.

Najpierw moje z natury kręcone (w zależności od dnia i wilgotności powietrza od lekkich fal po mocne loki) włosy straciły skręt. Ot tak, z dnia na dzień, wymyłam, wyschły i wisiały w prostych strąkach. Wyczyniałam cuda, kupowałam torby szamponów, odżywek, maseczek. Proste strąki zostały. Potem zaczęły wypadać. Następne były rzęsy. Potem przerzedziły się brwi. Nie chcecie wiedzieć, jak to wyglądało.

Cera nagle biała, porowata, zanieczyszczona, potem szara. Worki pod oczami, worki na które nie pomagał ani sen, ani pielęgnacja, ani zdrowy tryb życia.

Potem - w październiku 2011 zaczęłam tyć. Tak po odrobince, ale stale. Zlekceważyłam to. Och doprawdy, jest jesień, to naturalne, zresztą wielkie rzeczy, popilnuję się przez tydzień i zrzucę. Jeszcze nie dziś. Taki pyszny makaron, ciasto, bułeczka, wino. W końcu przyszedł ten moment, że nieszczególnie spodobało mi się to, co na wadze, że dumnie noszone spodnie sprzed ciąży przestały pasować. Więc wzięłam się za siebie. Więcej spacerów, mniej chleba. I wiecie co? Nic to nie dało. Pierwszy raz w życiu mój organizm pokazał mi faka.

Wystraszyłam się. Dokładnie pamiętam ten moment. Listopadowy poranek, staję na wadze, po tygodniu rozsądnego pilnowania tego, co jem. Waga pokazuje dwa kilo więcej. To były właściwie dwa uczucia - strach, bliski paniki, bo przestałam kontrolować swoje ciało. I sztuczne lekceważenie, wyparcie - oj tam, waga zepsuta, wypiłam wczoraj dużo wody, to nie ja tyle ważę, to mój dekolt.

Potem poszło już z górki. Na wadze - codziennie odrobinę więcej. Cera, do której nigdy nie miałam najmniejszych zastrzeżeń - nagle biała, porowata, zanieczyszczona, potem szara. Worki pod oczami, worki na które nie pomagał ani sen, ani pielęgnacja, ani zdrowy tryb życia. Talia, z której zawsze byłam dumna została zastąpiona oponką. Zgrubiałe, opuchnięte rysy. Oczy, jakby zmniejszone. Skóra - szorstka, gruba, jak worek, jak derka. Fatalne włosy. Okropne paznokcie. Numer większa stopa.

Sen. Och, jak ja mogłam spać. 14, 16, 18 h na dobę. Nigdy nie było mi dość. Wstawałam po długim, nieprzerwanym śnie i ziewałam, marząc o chwili, kiedy znów będę mogła się położyć.

Przyjęłam ciekawą metodę - zapierania się faktów i jednocześnie walki z nimi. Fryzjer, kosmetyczka, manicure. Kremy, odżywki, leki. Zaczęłam biegać. Starałam się unikać makaronu, chleba, słodyczy, ograniczyć wino. Robiłam wszystko, czego nie robiłam przez całe życie - bo nie musiałam, lub robiłam okazjonalnie, bo najmniejsze moje starania przynosiły świetne efekty. Teraz efektów nie było. Nie tylko świetnych, żadnych. Było coraz gorzej. Owszem, czasem waga spadała o kilogram, dwa. Tylko po to, żeby zaraz potem skoczyć o cztery.

Nigdy nie brakowało mi energii. Właściwie było jej aż za dużo. Byłam bardzo żywa, emocjonalna, intensywnie reagowałam, z tendencją do popadania w cholerę. To też się zmieniło. Nawet mi to pasowało, nagle bowiem okazało się, że mam dokładnie wylane na wszystko. Nic mnie nie ruszało. Niczym się nie przejmowałam. Nic mnie nie irytowało, nie smuciło, nie wzruszało. Moje życie w pewien sposób stało się lżejsze, ponieważ odpadł faktor emocjonalności, który czasem sporo mi utrudniał. Miałam gdzieś. Wszystko i wszystkich. Jeżeli kiedykolwiek było we mnie coś, co patetycznie i młodopolsko określa się mianem iskry - teraz zniknęło dokładnie i do końca.

Sen. Och, jak ja mogłam spać. 14, 16, 18 h na dobę. Nigdy nie było mi dość. Wstawałam po długim, nieprzerwanym śnie i ziewałam, marząc o chwili, kiedy znów będę mogła się położyć. Zyskałam miano najmniej kłopotliwego gościa w historii domu moich znajomych. Budziłam się, jadłam śniadanie, mówiłam "to ja się położę na chwilę", wstawałam w okolicy obiadu, ziewając i snując się doczekiwałam wieczora, wypijałam dwa kieliszki wina i szłam spać. W zasadzie się nie odzywałam i niczego nie chciałam.

Nie przyznając się, że coś jest nie tak - zaczęłam wstydzić się swojego wyglądu tak bardzo, że właściwie przestałam wychodzić z domu.

Ciężka głowa i pusta jednocześnie, jakie to dziwne uczucie. Zapominałam. Imiona, nazwy, plany, rzeczy wytłumaczone mi po piętnaście razy. Zapominałam o spotkaniach, o obowiązkach, obietnicach, rocznicach. Zwyczajnie i coraz częściej.

Odkładałam do schowka kolejne, za małe rzeczy. Oddawałam część z nich, żeby nie widzieć, nie myśleć. Kupowałam nowe i mówiłam sobie w głowie o głupiej rozmiarówce, spuchnięciu, nabieraniu wody. Zresztą nie potrzebowałam wielu ciuchów, ponieważ - nie przyznając się, że coś jest nie tak - zaczęłam wstydzić się swojego wyglądu tak, bardzo, że właściwie przestałam wychodzić z domu. Błogosławiona praca zdalna i rozciągnięte dresy.

Byłam doskonałym auto-tłumaczem. Nie ustawałam w wyjaśnianiu sobie, co się dzieje i dlaczego. Przytyłam? Cóż, urodziłam bliźniaki, bywa (nieprawda, zaczęłam tyć, kiedy miały dwa lata). Tyję nadal? Cóż, lubię jeść i ten siedzący tryb życia (nieprawda, cztery razy w tygodniu biegam po 6 km, wszędzie chodzę piechotą, jestem na diecie). Pierwszy raz w życiu wyglądam na swój wiek? Cóż, nie mam już dwudziestu lat (nie wyglądam na swój wiek, wyglądam starzej. Dużo starzej). Ciągle chce mi się spać? Jasne, praca, dzieci, jestem zmęczona (nieprawda. Śpię po 14 h na dobę i ciągle mi mało. To nie jest zmęczenie). Fatalna cera, skóra, włosy? Trudno, zima, kaloryfery, brak słońca (nieprawda. Tak samo było latem, jesienią i wiosną).

Kobieta miała potężne ramiona, grubą szyję, małe, schowane w fałdach tłuszczu oczy, obwisłe policzki. To byłam ja.

Każdy ma swój przełom. Moim była impreza w lipcu 2012 roku. Wyszykowałam się, ułożyłam starannie moje kiedyś niewymagające układania włosy, zrobiłam makijaż, którego kiedyś nie potrzebowałam. Założyłam nową, ładną sukienkę, większą o trzy rozmiary od moich dawnych ciuchów (ważyłam już 12 kg więcej, niż rok temu). Wyszłam, wróciłam. Tydzień potem przyszedł mail ze zdjęciami zrobionymi tamtego dnia.

Jedno ze zdjęć przedstawiało grupkę fajnych, młodych ludzi, wśród nich wyraźnie tam nie pasującą na oko 60-letnią, zaniedbaną kobietę, mocno otyłą, z białą, nalaną, błyszczącą twarzą, z trzema podbródkami, ze zwisającymi w strąkach włosami, spomiędzy których prześwitywały białe, łyse placki. Kobieta miała potężne ramiona, grubą szyję, małe, schowane w fałdach tłuszczu oczy, obwisłe policzki. Wpatrywałam się w zdjęcie dłuższą chwilę, trochę to trwało, zanim zrozumiałam, że ta kobieta to nie zaniedbana babcia czy matka kogoś z obecnych. To byłam ja. Rocznik 1975. I już nie dało się udawać, że nie, niemożliwe, ja tak nie wyglądam, to się nie dzieje. Straciłam zdolność oszukiwania samej siebie.

Wpadłam w stupor.

Od Redakcji: Wspomniane zdjęcie spoczywa w redakcyjnym sejfie zamkniętym na siedem pieczęci. A jutro dalsza część opowieści Aleksandry o problemach z tarczycą: diagnozie i leczeniu. Jeśli problem jest Wam znany i chcecie podzielić się swoimi historiami piszcie: foch@agora.pl.

Więcej o: