O pracy idealnej: taka nie istnieje. Pogódź się z tym albo walcz z wiatrakami

To jak, co robimy? Rzucamy w cholerę tę parszywą robotę, nie? Jakoś to będzie. Skądś się weźmie na kredyt i masełko do chlebka.

na odwagę

Mój szef to idiota. Mój szef to nie idiota, ale jest marudny, nieogarnięty, ma depresję, problemy z wątrobą i czasem wpada w furię, czy ja muszę słuchać pokrzykiwań histeryka?

Moi współpracownicy to tępe ćwoki. Moi współpracownicy to nie tępe ćwoki, ale jeden ma problemy z komunikacją, drugi ADHD, trzeci pije, a czwarta chyba na mnie leci i sam nie wiem, zakopać ją, czy skorzystać.

To nie jest praca moich marzeń. Nie tego się uczyłem na studiach, nie tak to sobie wyobrażałem, muszę przerzucać kamienie, a miałem z nich układać zgrabne, polne murki.

Dobra, studiowałam układanie kamiennych murków i to właśnie robię, ba, nawet mam publikacje w temacie kamieniarstwa, tylko że kiepsko płacą i nie sądziłam, że to tak fatalnie wpłynie na stan moich paznokci.

Wychodzę z pracy o 14, ale zarabiam nędznie. Płacą świetnie, ale siedzę do wieczora. Nie mam pakietu socjalnego, za to dali mi samochód. Nie dali samochodu, a na siłownię nie chce mi się latać oraz nie potrzebuję opieki stomatologicznej. Mam gdzieś służbową komórkę, to tylko smycz, poza tym wolałem starą motorolę.

Nie dostałem podwyżki, ale dostałem bony do supermarketu, który mam pod domem. Dostałem podwyżkę, chociaż wyjaśniłem szefowej, że mam problem z planowaniem budżetu i wolałbym bony na żarcie.

Każą mi poprawiać! Ja robię, a oni zgłaszają zastrzeżenia. Pokazuję, a oni chcą inaczej. Tańczę na rurze, a mówią, że mam się wypinać w inną stronę. Kopię rów, startują do mnie z poziomicą. Jeden, drugi, trzeci sort poprawek. O nie, nie ma tak dobrze, foch. Skoro robię, to robię dobrze i nie śmiej, szefie, kliencie, kontrolo jakości tego kwestionować.

Nie każą poprawiać, ale tną kasę za błędy i wpadki. Bo niby ktoś po mnie musi to zrobić. Co mnie to obchodzi? Wszak trysnąłem talentem i kreacją, łykać w pokorze i płacić grubo, bez zastrzeżeń. Bo znajdę inne, ciepłe i chętne miejsce.

To jak, co robimy? Rzucamy w cholerę tę parszywą robotę, nie? Jakoś to będzie. Skądś się weźmie na kredyt i masełko do chlebka. Się załatwi, pożyczy, uzbiera. Nie będzie nam tu krwawy kapitalista pluł w ludzką twarz, co nas obchodzi, że jest tylko człowiekiem, w pracy ma trzymać nerwy na wodzy, emocje na smyczy i nie miewać złych dni, chciało się być przedsiębiorcą, to niech się teraz nie szczeka.

Odjeżdżamy, z podniesionym czołem, na białym koniu, prosto w zachód słońca. Tam, gdzie jest idealnie. Gdzie ani szefa idioty, ani współpracownika - mutanta, ani wymagań, ani ograniczeń finansowych. Gdzie nikt nie ma humorów, roszczeń, zapalenia prostaty, migreny, depresji i niedoczynności tarczycy. Nikt poza nami, a w naszym przypadku te dolegliwości usprawiedliwiają wszystko. Emigrujemy tam, gdzie kasa leje się obfitą strugą, a poprawki nigdy nie przychodzą o trzeciej nad ranem. Nie usłyszymy słowa o naszym życiu pozazawodowym, a to zawodowe będzie traktowane z szacunkiem i znajomością rzeczy. Nigdy nie padnie prośba o logo większe i na czerwono, czy prezentację w rtfie. Klient nie ma swojej wizji, którą mus nam spełniać za kasę - klient na kolanach i w zachwycie przyjmuje spazmy naszego geniuszu, potem starannie dobiera do nich target.

Dajcie mi znać, gdzie tak jest, rzucę papierami i pędzę. Buzi, Dulcyneo. Tymczasem posłucham sobie piosenek na odwagę.

Więcej o: