Badanie na śniadanie - o braku lekarstwa na fikcję

Raz na cztery lata mój pracodawca chce wiedzieć czy jestem zdrowa i nadaję się do pracy. Wiadomo, pracownik zdrowy to pracownik wydajny i zadowolony, w zdrowym ciele zdrowy duch i inne takie wakacyjne szlagiery. Ta troska urzędu cieszy mnie bardzo oraz zasługuje na pochwałę, choć w rzeczywistości mój pracodawca przestrzega zwyczajnie przepisów kodeksu pracy.

Niestety musi też przestrzegać ustawy Prawo zamówień publicznych i wyłania firmę świadczącą usługi w zakresie medycyny pracy w przetargu nieograniczonym, gdzie jedynym kryterium wyboru jest cena. A to pociąga za sobą skutki absolutnego lekarskiego badziewia.

foch.plBadu-badu i do Baden Baden

Biorąc pod uwagę moje trzy spotkania z lekarzami medycyny pracy widzę postępującą degrengoladę, po prostu „marność nad marnościami, wszystko marność”. Muszę stwierdzić, że pierwsze badania przeprowadzone przed przyjęciem do pracy były naprawdę sensowne: zlecono mi badania krwi, wykonano rentgen klatki piersiowej. Lekarka osłuchała mnie, obejrzała, zważyła, zadała wiele pytań i generalnie rzetelnie podeszła do swojego zadania.

Może to jeden z tych programów, gdzie wkręcają ludzi w absurdalne sytuacje i rejestrują ich zachowania, żeby potem pokazać to na MTV ku uciesze dzieciaków z gimnazjum.

Podczas drugiej wizyty było, że tak powiem dość dziwnie, ale uznałam wówczas, że to być może moja nieznajomość najnowszych osiągnięć medycyny. Lekarz zbadał no właśnie tu pojawiło się moje zdziwienie, ponieważ skoncentrował się na łokciach. Nie wiedziałam, że temperatura i kolor łokci ma tak kolosalne znaczenie dla prawidłowej diagnozy ogólnego stanu zdrowia. Ale miały. Okazało się, że różowe, zimne łokcie są objawem problemów z hormonami. Zaniepokojona tą informacją spytałam czy mam zrobić jakieś dodatkowe badania, bo hormony to jednak poważna sprawa.

Otóż nie, lekarz wyjaśnił, że nie ma takiej potrzeby, gdyż on ma wielkie doświadczenie w diagnozach na podstawie stanu łokci, i przepisał mi jakieś lekarstwa. Czekałam, aż powie, że mam na trzy zdrowaśki wskoczyć do pieca. Następnie doktor poprosił żebym wystawiła język. Byłam uprzejma i z całych sił starałam się przybierać inteligentny wyraz twarzy, co z wywalonym jęzorem nie jest wcale takie łatwe (sprawdzałam przed lustrem). Wtedy gdzieś w moim mózgu zakiełkowała myśl, że to jeden z tych programów, gdzie wkręcają ludzi w absurdalne sytuacje i rejestrują ich zachowania, żeby potem pokazać to na MTV ku uciesze dzieciaków z gimnazjum.

Przychodnia, do której trafiłam była w praktyce dyskontem medycznym ukierunkowanym na efektywne zarządzanie czasem lekarza i pacjenta.

To nie był ten program, to po prostu był taki lekarz, który oznajmił, że mam bruzdy na języku świadczące o nieprawidłowym wchłanianiu substancji odżywczych w układzie pokarmowym. Potem było jeszcze gorzej, gdyż okazało się, że mam za niskie ciśnienie 90/50 (takie mam od zawsze i leczę je sukcesywnie kofeiną). „Czy Pani jeszcze żyje?” zapytał z troską, „Nie, tylko udaję” - chciałam mu odpowiedzieć, ale rodzice dobrze mnie wychowali, więc odparłam, że tak już mam i że to rodzinne. W każdym razie pomimo tych wszystkich mankamentów zdrowotnych zostałam dopuszczona do pracy. Otrzymałam papierek z pieczątką i podpisem znachora i pomyślałam, że tak właśnie musi się czuć harcerz zdobywający jakąś najbardziej pojechaną sprawność.

Trzecia wizyta była mega przygodą. Przychodnia, do której trafiłam była w praktyce dyskontem medycznym ukierunkowanym na efektywne zarządzanie czasem lekarza i pacjenta - czyli maksymalny czas na wizytę w gabinecie to 5 minut. W ramach badań musiałam zaliczyć 2 gabinety: okulisty i lekarza medycyny pracy.

Na stronie internetowej rzeczonej firmy można przeczytać następujące zdanie: „Dopasowujemy do potrzeb pracodawców zakres usług w oparciu o innowacyjną aparaturę oraz doświadczoną kadrę medyczną”. Jak się okazało zwrot: „doświadczona kadra medyczna” oznacza lekarzy w wieku głęboko emerytalnym, słowem ziszczenie marzeń premiera Tuska, praca do 80-tki.

Było to najszybsze badanie świata, Formuła 1 wśród badań: wchodzę do gabinetu, lekarz zadaje pytanie: „Jak ocenia pani swój stan zdrowia w skali 1 do 10?”

Level 1 - okulista. Zacznę od tego, że mam wadę wzroku -1 dioptrię na lewe i prawe oko i czuję że ta wada mi się delikatnie powiększa. Przemiła, wiekowa pani doktor ledwo doszła do aparatu służącego do badania wzroku. Wynik badania mocno mnie zaskoczył, otóż lewe oko -4 , prawe -6 dioptrii. Delikatnie zwróciłam uwagę, na ogromny postęp wady wzroku, że chyba nie jest aż tak źle. Pani doktor zrobiła się mniej miła, ale nie mniej wiekowa i stwierdziła, że aparatura nie kłamie, że to bardzo dobry nowoczesny sprzęt i wypisała receptę na nowe denka od butelek. Stwierdziłam, że oleję sprawę i moc szkieł dobiorę u optyka. Koleżanka z pracy, której opowiedziałam tę historię, odparła, że to nic, bo ona nosi minusy, a ta sama pani okulistka stwierdziła, że ma plusy.

Level 2 - lekarz medycyny pracy. Było to najszybsze badanie świata, Formuła 1 wśród badań, a wyglądało tak: wchodzę do gabinetu, lekarz przystępuje do szybkiego wypełniania kwitów i zadaje mega trudne pytanie: „Jak ocenia pani swój stan zdrowia w skali 1 do 10?”. Normalnie czuję, że zaraz się spocę jak przy rozwiązywaniu zadań z całkami, ale odpowiadam dziarsko, że 10 ( w sumie byłam głupia bo mogłam dla żartu odpowiedzieć zero lub - nieskończoność). Lekarz na to „Doskonale, jest pani zdolna do pracy” i podaje mi kwit z pieczątką a następnie żegna się kończąc wizytę. Szybko, i bez bólu lub jak głosi kolejne hasło na stronie firmy: „Nasze działania mają na celu podwyższenie efektywności pracy oraz zmniejszenie absencji chorobowej pracowników” - efektywność była niezaprzeczalna.

Za kilka lat mam kolejną wizytę, może tym razem odbędzie się ona przez telefon lub przez internet? Kto wie, przecież idziemy z duchem czasu i korzystamy ze zdobyczy techniki.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

P.S. Po wizycie w zakładzie medycyny pracy poszłam do kadr i powiedziałam co myślę o takim poziomie usług, że to kompletna fikcja, wstyd i strata czasu na jeżdżenie na kompletne zadupie gdzie mieści się firma (kiepska lokalizacja jednym elementów obniżania kosztów). Pani z kadr powiedziała ze smutkiem, że zdają sobie z tego sprawę, ale nic nie mogą zrobić bo w przetargu wygrała ta firma, która dała najniższa cenę.

Więcej o: