A jeżeli nie wyślą karetki do mojego dziecka? Co robić, kiedy nie można nic zrobić?

Wiem, znów o dzieciach. Wiem, że czasem za dużo tego tutaj. Ale nie mogę o pewnych sprawach nie myśleć. Na przykład o tych, które są kwestią życia i śmierci.

stetoskop

 

Mnożą się ostatnio artykuły i reportaże, których nie jestem w stanie doczytać do końca - ba, do połowy. O tym, który odebrał mi sporo snu (wiadomy tekst autorstwa Mariusza Szczygła) nie chcę i nie umiem pisać, bo osłabia mnie to, jak przerażająca na samym starcie sprawa w ciągu paru dni stawała się jeszcze bardziej przerażająca. I bardziej obrzydliwa. Może kiedyś, kiedy sobie to ułożę w głowie, o ile to w ogóle możliwe, wątpię.

W sprawie Jasia również wystarczył mi sam tytuł, dalej nie czytałam. Fakt, na wstępie strzelam sobie w stopę, bo skoro się nie czytało - nie ma się prawa do opinii, wiem i sama tę zasadę stosuję. Niestety, to jedna z tych rzeczy, które przychodzą w pakiecie z rodzicielstwem. To, co kiedyś poruszało, lecz było dalekie i można się było zdobyć na cień obiektywizmu - teraz rozwala mózg. I - przynajmniej mnie - odbiera zdolność racjonalnego myślenia. Naprawdę informacja, że trzyipółletnie dziecko umarło na sepsę, bo SZEŚCIU LEKARZY nie rozpoznało choroby (tak, czytałam pierwszy artykuł na ten temat i nie sądzę, żebym go kiedyś zapomniała) jest dla mnie wystarczająco straszna i żadna wymierzona winnym kara, niska czy wysoka, tej świadomości nie zmieni.

Owszem, te lęki bywają pożyteczne. W obliczu niektórych informacji człowiek stara się jakoś pokonać obezwładniającą bezradność i czasem wychodzi to na dobre. Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie miałam dzieci - usłyszałam, co przydarzyło się córce Ewy Błaszczyk. Natychmiast nauczyłam się wszystkiego o tym, jak pomaga się małemu i starszemu dziecku w podobnych wypadkach (w skrócie http://canpolbabies.com/pl/porady/porada/mothers/5/80).

Kilka dni temu miałam okazję wykorzystać tę wiedzę. Tak, w moim własnym domu, tak, na moim własnym dziecku. Chciałabym nie mieć takiej okazji nigdy więcej, choć wszystko skończyło się dobrze. Jasne, normalny człowiek ma wykute zasady pierwszej pomocy niezależnie od tego, co przeczytał, czy usłyszał. Ja musiałam znajomość tych zasad odświeżyć i uzupełnić. Czy zrobiłabym to, gdyby nie tamta historia sprzed lat? Czy w krytycznym momencie miałabym pewność, co i jak robić? Nie wiem.

Myślałam o tym, czytając - starając się przeczytać i zrozumieć - pierwszy tekst o chłopczyku, którego objawy zbagatelizowano, podobnie jak niepokój i pytania jego rodziców. Myślę o tym za każdym razem, kiedy - za często - newsy mówią o kolejnym zlekceważonym telefonie na pogotowie, o kolejnej karetce, której nie wysłano, lub wysłano za późno. O kolejnym dziecku, które - być może - mogłoby żyć.

Nie będę tu pisać o stanie państwa i służby zdrowia, bo zupełnie nie o to mi chodzi. Ja nie potrzebuję dywagacji, dyskusji o gospodarce i programów naprawczych, choćby były najmądrzejsze, choćby miały szanse powodzenia.  Ja potrzebuję zestawu reakcji i działań, które będą skuteczne. Teraz, dziś, jutro. Nie za dziesięć lat, nie za nowej kadencji. Potrzebuję czegoś równie prostego i sprawdzonego, jak manewr Heimlicha, czy zasady sztucznego oddychania, czegoś, co mogę zrobić sama, czego można się nauczyć, wykuć na blachę tak, żeby w sytuacji paniki i przerażenia działać z automatu i bez chwili wahania.

Potrzebuję recepty na: "Do takich przypadków nie wzywamy karetki, proszę jechać z dzieckiem na izbę przyjęć".

Potrzebuję remedium na: "Proszę podać coś na gorączkę, schładzać, obserwować."

Potrzebuję odpowiednich słów, których trzeba użyć, żeby: "To pewnie uczulenie, przeziębienie, niestrawność" zamieniło się w konkretne, szybkie działanie.

Potrzebuję czegoś, co nie pozwoli mnie odesłać z: "Proszę czekać, mamy pilniejsze przypadki", podczas kiedy ja wiem i czuję, że TERAZ dzieje się coś bardzo złego. Tak, jak wiedziałam, że ten ledwo słyszalny w domowym hałasie dźwięk, zagłuszany szumem okapu, śpiewem córki, kocim darciem kociej mordy i muzyką z YouTube - nie jest normalny, że oznacza coś niedobrego i że natychmiast muszę gnać do pokoju, wywlec zza stołu już siniejącego synka i zrobić, co trzeba.

Nie wiem, co robić, kiedy odmawiają przysłania karetki, przyjęcia do szpitala, zapisania antybiotyku. Histeryzować, grozić, błagać? Wzywać taksówkę, policję, ukraść helikopter, wyciągnąć broń (nie mam)?  Szantażować, przekupić, zwalczyć twardym spokojem i nie odpuszczać, tłumaczyć, próbować? Nie wiem.

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Mam nadzieje, że nigdy nie będę. W każdej chwili mogę być.

Co byś zrobił?

 

[OD REDAKCJI: Bardzo praktyczne porady w sprawie zakrztuszeń znajdziecie na blogu Tatapad.pl]

Więcej o: