Wyznania pracoholiczki. A może ja po prostu lubię moją pracę?

Gdzie kończy się protestancka - skąd raptem u mnie? - etyka pracy a zaczyna patologia? Zaczęłam się zastanawiać, gdy znajomy pod jednym z moich wesołych nocnych statusów na Fejsie ("bo ty zawsze tylko pijesz wino i pracujesz") opiewających to, że jak zwykle tyram o nieludzkiej porze (i świetnie się przy ty bawię), napisał: "Kasia, weź ty idź do psychiatry".

Nie poszłam. Ale podejrzenie, że jednak coś jest nie w porządku, zostało. Bo w ciągu ostatnich kilku lat jakoś tak mi się porobiło, że ciągle, nieustannie i bez przerwy pracuję. A jak nie pracuję, to też pracuję, bo moje życie bardzo trudno oddzielić od pracy.

Nie pamiętam kiedy byłam na wakacjach, podczas których nie pracowałam W OGÓLE. Tak żeby nawet mejlika nie sprawdzić i nie machnąć jakiegoś tekstu.

Nie pamiętam kiedy choroba (własna lub dzieci) sprawiła, że oderwałam się od działalności zawodowej na dłużej niż kilka godzin. (Ostatnie zapalenie stawów bardzo boleśnie uświadomiło mi, że nie odrywam się wcale, kiedy po kilku godzinach pisania bez przerwy nie mogłam już ruszać rękoma.)

Nie pamiętam kiedy miałam taki dzień, żeby w ogóle nie robić NIC związanego z pracą. Tak żeby nawet nie zajrzeć co tam w serwisie i czegoś nie zajawić na Facebooku. No i jeszcze na komentarze odpowiem. Aha i zapomniałam odpisać na maile. To odpiszę teraz. O, dwa nowe teksty - to może zredaguję od razu, będzie mniej roboty później.

Tak to mniej więcej idzie. I nie zrozumcie mnie źle - znajduję czas (mała podpowiedź: sypiam po trzy godziny na dobę) na zabawę z dziećmi, poczytanie książki, ugotowanie obiadu, pójście do kina, czy okazjonalne beztroskie nawalenie się ze znajomymi i tańce do rana. Ale mam też bardzo fajną pracę, która mnie cieszy i daje satysfakcję, i uczy, i nakręca. Jak narkotyk.

Czy to źle? Że praca do tego stopnia mnie cieszy i angażuje? Nie zawsze miałam tak fajnie - zdarzało mi się wykonywać rzeczy, które nudziły i męczyły. Albo frustrowały do granic. Dlatego cenię ogromnie to, co mam i chcę lepiej, i więcej i znów jest czwarta rano. A TYLU RZECZY jeszcze nie zrobiłam. Bo doba za krótka.

Jest kilka kwestii, które mają ogromny wpływ na to jak dużo/często/mocno/bez przerwy pracuję. Pierwsza to przymus ekonomiczny. Przed dziećmi i kredytem, owszem, zdarzało mi się pracować po 14 godzin na dobę (praca w redakcji gazety codziennej tak wygląda), ale nie wracałam do domu, by zająć się kolejna pracą. Bo nie musiałam.

Druga sprawa to brak wyraźnej cezury między sekcją "praca" a sekcją "rozrywka" - skoro i tak relaksuję się oglądając serial na komputerze, to co mi szkodzi jeszcze zajrzeć do poczty albo coś tam podłubać w tekstach. A poza tym cokolwiek w sieci czytam czy oglądam, to jest to potencjalny TEMAT. I weź się zrelaksuj teraz.

Trzecia to technologia - smartfon, tablecik i smyczka napięta. No jak tu nie sprawdzić CO SIĘ DZIEJE, skoro można? I ta dioda tak zachęcająco miga - nie szkodzi, że jesteś w trakcie rodzinnego obiadu, na placu zabaw z dziećmi albo na relaksującej kawce z koleżaneczkami. Zwłaszcza jeśli są to koleżaneczki, z którym i tak pracuję. Mówiłam: trudno oddzielić - jeszcze praca, czy już życie.

Na koniec anegdotka. Wracamy z redaktor Połajewską z pracy, schetane jak szkapy, i jak zwykle planujemy co jeszcze do zrobienia. Wychodzi na to, że niewiele i mogłabym się zrelaksować wieczorem.

- To ja jeszcze ten tekst o pracoholizmie napiszę.

- Jakby ci to powiedzieć... Może nie pisz dziś?

I naprawdę wysoki sądzie miałam szczery zamiar nie pisać. Siadłam. Zjadłam różowe Magnum (upaprałam sobie foch-koszulkę, cholera!). Pomalowałam paznokcie. Odpaliłam serial. I tak nagle jakoś. Samo wyszło.

To jak? Psychiatra?

Więcej o: