Chciałabym tam wrócić, czyli sentymentalna gęś w podróży

Z podróżami jest trochę jak z czytaniem - tyle do obejrzenia, tak mało czasu, a jednak mam listę miejsc, za którymi tęsknię, jak za kolejnym sezonem ulubionego serialu.

Wiem, wiem, skrajne wygodnictwo i ciasne horyzonty, ale nigdy nie ukrywałam, że jestem osobą niskich lotów i w dodatku wygodną, więc czasem walka między chętką na nowe, a miłością do starego bywa naprawdę zacięta.

I kiedy już przebrnę przez wszystkie ohydne pułapki typu: "To na ile jedziemy? Urlop? MAM NIE PRACOWAĆ DWA TYGODNIE???" oraz: "A ile to będzie kosztowało? ILE? Eeee... to może pójdziemy na kawę zamiast?" ewentualnie: " - A te wasze biedne dzieciaczki same zostawiacie? - No, przecież zaopatrzymy im barek i damy na pizzę, o co chodzi?" zostaje typowy Problem Pierwszego Świata, czyli - stare, sprawdzone i wciąż kuszące, bo nie poznane do końca, czy równie kuszące, ale całkiem nowe i grożące rozczarowaniem.

O Prowansji naczytałam się od dziecka tyle, ile powinna naczytać się panienka, żeby narobić sobie lawendowo-winnego smaku. Na wieść o tygodniu tam wykonałam zachwyconą fokę, tak, tak, jasne, że chcę spełnić moje wieloletnie sny. I co? Było, otóż, pięknie. Gorąco, klimatycznie, niezwykle. Napatrzyłam się, nadotykałam, nawąchałam. Nasmakowałam się wina i nocy w Avignon. Nigdy nie zapomnę. Nie muszę tam wracać. Niech zostanie jak jest, w mojej głowie. Jest tyle miejsc do zobaczenia na świecie, prawda?

ProwansjaProwansja

Ale Prowansja była po drodze do Toskanii. A w Toskanii wysiadły mi wszystkie racjonalne hamulce. Pojechałam tam w następnym roku. I już zawsze będę chciała wrócić. Ponieważ wszystko, co mówili - to prawda. Ponieważ nigdzie na świecie nie ma takiego światła i kolorów, jak tam. Ponieważ można przy wyjeździe mówić: "O NIEEEE, mam dość, ileż można, już tu wszystko widziałam, zjadłam, wypiłam, przecież szkoda życia na to samo miejsce co roku, basta." - i to zawsze się złamie takie przyrzeczenie. Ja za Toskanią tęsknię i tak mi już chyba zostanie. Mogę jechać w to samo miejsce, co kiedyś, pod Sienę, do Emilio, jego  winnic i kóz, do wiecznie na rauszu Emilio, witającego gości ogromnym kieliszkiem wina, po którym to kieliszku goście mają niejaki problem z manewrowaniem na serpentynach i dojazdem na docelową farmę. Ech, Emilio, jeszcze kiedyś, co? Tylko nigdy więcej Florencji w sezonie, obiecuję i przysięgam, tego sobie nie zrobimy nigdy już.

ToskaniaToskania

Nie muszę wracać do Porto, choć było pięknie, kolorowo pod patyną i ruiną, tak wdzięcznie, że kiedy patrzysz na sypiące się kamieniczki - myślisz o tym, jakie są śliczne i stylowe, a dopiero później - jak zaniedbane. Widzisz piękny rysunek okna, wykusz, parapet, koronkowy balkon - a po długiej chwili to, że w oknie deski i szmaty, parapet nadkruszony, a ten oryginalny kolor balkonu to rdza. Bardzo mi się podobała noc nad rzeką, ryby były pyszne, piękne kościoły, to pa.

A Paryż, co Paryż, to miasto też się sypie i przecież śmierdzi. Za dużo turystów, za dużo ludzi w ogóle i wszyscy mówią po angielsku. Komercha i fałszywy styl. Moje tandetne serduszko bije mocniej z zachwytu na samą myśl. Zawieźli mnie tam kiedyś, szesnastoletnią, jak barana z wyznaczonymi atrakcjami. Jak głupią owcę przepędzili truchtem przez Luwr i Wersal, ledwo dali powąchać krzywych uliczek, tylko chwila, żeby postać i się pogapić w zachwycie, cicho, smarkata kurko, wiemy lepiej co ci zaprezentować. Jak ciężko zniechęcić szesnastolatkę, dekady czekałam pokornie na następną okazję i kiedy wybłąkałam się w końcu z metra - zrozumiałam, że stara miłość nie rdzewieje. To, co kiedyś musiałam zjeść w pośpiechu, w tłumie i źle podane - teraz miałam tylko dla siebie, już nie musiałam galopować na czas przez Luwr, już mogłam stać ile chcieć w podeszczowej La Défense. Nasyciłam się. Za mało. Wrócę.

ParyżParyż

Bardzo się cieszę, że kiedyś, dawno temu zaczęłam zwiedzanie Hiszpanii od Madrytu, Barcelonę zostawiając na deser. Nie robi się tego Madrytowi, nie przyjeżdża się do niego po Barcelonie, to jakby umówić się z Paris Hilton tuż po randce z Sophie Marceau. Być może to miasto z każdym rokiem traci swój blask. Być może cały barceloński urok, wdzięk, czar jak z bajki jest w mojej głowie. Może Park Guell to zwyczajne chaszcze i trochę mozaiki. Może Gaudi mnie opętał i patrzyłam przez jakąś kolorową szybkę. Może po prostu tęsknię za miejscem, gdzie byłam młoda, zdrowa, miałam 29 lat i wszystko jeszcze było proste. Nie wiem, zamierzam to sprawdzić już niedługo. Ekscytuję się jak przed randką z byłą wielką miłością. Mam nadzieję, że nie rozczarujemy się nawzajem.

Młoda, zdrowa, BarcelonaMłoda, zdrowa, Barcelona

Więcej o: