Przyczajony tygrys czy przymilny kot? Kiedy warto być pieniaczem, a kiedy odpuścić

Kwiatek, bombonierka, a może od razu zwyzywać od opieszałych leniwców, albo jeszcze gorzej? Nie wiem jakie Wy macie doświadczenia ze współpracy z urzędnikami, sekretarkami, panami z recepcji  i paniami z poczty. Opowiem Wam za to o naszych doświadczeniach.

Z ludźmi z okienka, zza biurka, z infolinii nie ma żartów. Oni wiedzą, że mają nad nami przewagę, bo niby są dla nas i bez nas nie byłoby ich, ale koniec końców to oni mają te krwiożercze pieczątki, władają znaczącymi podpisami i to ich kody dostępu, sekretne hasła i dobra wola decydują o tym, co, w jakim czasie i czy w ogóle zostanie załatwione. Wraz z szacownym Panem Małżonkiem nie jesteśmy jednak wobec tej armii bezbronni. Mamy ten komfort, że tworzymy wspaniały team spod znaku "dobry policjant i zły policjant". Jedno z nas jest miłe i uprzejme, drugie przystępuje do werbalnej szermierki często jeszcze zanim ktoś się odezwie, zanim nawet spojrzy.

I wiecie co się okazuje? Tandemy są najlepsze, gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. A jeśli nie macie możliwości działania w duecie, to chociaż pokazujcie dwie twarze. Warto jednak wiedzieć, gdzie lepiej, a w zasadzie SKUTECZNIEJ jest być miluchem, a gdzie przyda się wejść w skórę twardziela ze szponami z adamantium.

Poczta - Na wstępie powiedzmy sobie jasno: z paniami z poczty nie ma sensu zadzierać. Praca w takim miejscu to jak siedzenie przed murami miasta i handlowanie jajkami, gdy na gród nacierają dzicy Hunowie. Dlatego co by się nie działo, pozostaję w stanie niezmąconego ZEN. Operuję dużą ilością "proszę", "dziękuję", "ja wiem, ale czy nie dałoby się", "bo widzi Pani, nam się nie udało i teraz cała nadzieja w Pani" i inne takie, połączone z ciosem słownym kończącym zwycięską sekwencję: "dziękuję i życzę miłego dnia" z bonusowym zaklinaniem rzeczywistości:  "i oby już jak najmniej takich kłopotliwych przypadków jak nasz!". Niestety wiem, ze w naszym przypadku skuteczność tych sekwencji wynika ze zwyczajnego ludzkiego zrozumienia dla niefortunnego położenia Pani-z-poczty. Efekt? Na przykład cudownie odnaleziona paczka z Kalifornii, która ponoć została już wycofana, odesłana, nie wiem, nie widziałam.

proooooooszę. rys. Craig Thompson, Blanketsproooooooszę. rys. Craig Thompson, Blankets

ZUS - Zabawne. Z paniami z ZUS-u czasem wystarczyło po prostu powiedzenie "dzień dobry" w sposób spokojny, takim miękkim "radiowym" głosem. Lekki uśmiech i "bardzo się staraliśmy wypełnić wszystko jak należy" ale "chyba Pani uda się znaleźć jakieś rozwiązanie" nie zaszkodziło. No cóż, choć często wydawało mi się, że sprawa jest z góry przegrana, a w kompetencjach Pani-z-ZUS-u nie leży jakieś dodatkowe tutaj wykazywanie się, doradzanie i pomoc - ona nadchodziła. I już. Bombonierki i kawy były zbyteczne, zresztą nigdy nie umiałam "wręczać załączników".

Przychodnia - serio? Czy panie z rejestracji medycznej w państwowej przychodni winne są całemu temu bałaganowi? Ja tam myślę, że nie. Za to mogą czasem coś przyspieszyć. Teoretycznie im się spieszy, teoretycznie też mają ręce pełne roboty, ale lata walki pokazały, że "wie pani, gdyby się jednak okazało, że gdzieś jest jakieś okienko, ktoś w ostatniej chwili się odwołał, niech nam Pani da znać ". Odrobina pokory, zmieszanie, coś o własnej gapowatości. Piecząteczka? Recepta? Da się coś znaleźć? I niech jedna porażka nie przeważa w waszym całościowym podejściu do sprawy. Są oczywiście wyjątki.

Prywatna przychodnia - to jeden z takich wyjątków właśnie. Tutaj płacę i wymagam. Choćby dobrego traktowania w rejestracji. Fochy przy zapisach są nie na miejscu. Dąsy pracowników też. Błagam. Zabawne, że wiele niemiłych doświadczeń wiąże się właśnie z takimi miejscami. I tu już trzeba twardo. Pani Doktor wyszła do domu, bo my spóźniliśmy się 5 minut (Dlaczego? Bo nikt nie mógł przepuścić matki z dwójką dzieci w długaśnej kolejce do kasy, by mogła zapłacić za wizytę dziecka u specjalisty). Ja, choć zła, pozostałam tym miłym psiakiem, co to spuszcza uszy po sobie i wycofuje się. Mąż podszedł stanowczo. Telefon do przełożonego, skarga, ton rozmowy, od którego mnie włos jeżył się na głowie. Zadziałało. Następnym razem wszyscy byli pomocni.

Kolejka - no właśnie, skoro już o tym mowa. Potulne cielę może i dwie matki ssie, ale też stoi w kolejce, choć przysługuje mu często prawo pierwszeństwa. Na przykład takie cielę jak ja będąc w ciąży, z drugim dzieckiem u boku niechętnie chadzałam na zakupy, ale niespecjalnie były alternatywy. Przyznam, że z rzadka wymuszałam należne pierwszeństwo w kasach oznakowanych. Do czasu, gdy któregoś dnia poszliśmy razem. We trójkę (prawie czwórkę). I Pan Małżonek pokazał jakie zaklęcia wymawiać w stronę wszystkich tych, którzy nie patrzą, nie zauważają, nie słyszą i tak, jakby w ogóle, ej, ale o co chodzi?  Okazuje się, że można powiedzieć "Przepraszam" tak, że brzmi jak "Spadaj stąd" oraz "czy nie mógłby Pan", które niesie za sobą ładunek godny "bo jak nie to spuszczę ci łomot".

Przepraszam. Tylko, że nie. WolverinePrzepraszam. Tylko, że nie. Wolverine

Telemarketing - co mogę powiedzieć? Jak dzwonię, jestem oschła i stanowcza jak najgorsza nauczycielka matematyki. Chłód z zamrażalnika to przy tym wszystkim jest gorąc, au, parzy! Ale to działa, internety niesłusznie, ups, przypadkiem odłączone wróciły na ten przykład w mgnieniu oka, klik, klik, kotku. Inna bajka, gdy telemarketingi dzwonią do mnie. Kiedyś grzecznie słuchałam do końca tego słowotoku i próbowałam ładnie podziękować. Ale to było kiedyś, teraz jestem już stara i nie mam cierpliwości do wełny merynosów i do nowej usługi mojego dostawcy łączności telefonicznej. Ucinam w połowie pierwszego zdania krótkim, stanowczym "NIE DZIĘKUJĘ".

Mój mąż znalazł jakiś sposób, żeby go w ogóle z bazy wykreślili, nie dzwonili. Ja oczywiście trafiam na nieprzemakalną bazę i jej równie nieprzemakalne macki w postaci pań i panów, którzy każdą rozmowę zaczynają od pytania, czy rozmawiają z właścicielem numeru. Zazwyczaj wygląda to podobnie. Ja odpowiadam, że nie, oni proszą o numer, ja dyktuję (a trzeba wam wiedzieć, że ten numer nie zmienił się od dobrych 15 lat), oni dziękują. Po kilkunastu podobnych rozmowach zaczęłam dodawać, by może zanotowali to sobie wreszcie w bazie jak należy, żeby nie pytać co dwa tygodnie. Oni obiecują, że jest już wprowadzone. A za dwa tygodnie telenowela znów ma ten sam scenariusz. Czasem mam ochotę wrzasnąć SPIERDALAJ IDIOTO, ALBO WYTATUUJĘ CI TEN NUMER NA DUPIE I BĘDĘ ODSYŁAĆ DO CIEBIE KAŻDEGO KTO DO MNIE ZADZWONI W TEJ SPRAWIE. Przed bluzganiem w słuchawkę powstrzymuje  mnie wyłącznie myśl, że wszystkie rozmowy są nagrywane, wszystkie więc mogą trafić jako śmieszny dźwiękowy mem do internetu. Ale skoro wszystkie są nagrywane, to czemu, do kurwy nędzy, ten fragment, gdzie po raz pięćsetny podaję numer do właściciela, akurat jest przewijany lub kasowany?!

Być może wy macie swoje sposoby na telemarketerów, może macie inne doświadczenia z biur, urzędów, poradni, przychodni i rejestracji. Opowiedzcie co działa w waszym przypadku!

Więcej o: