Zwykli ludzie w zwykłych sytuacjach - dlaczego lubię amerykańskie kino niezależne

Wybieram się dziś ze znajomymi na "Frances Ha" Noaha Baumbacha, jednego z moich ulubionych twórców kina "indie". Nie żebym nie lubiła superprodukcji o kosmitach i potworach, czy komiksowych bohaterach, skądże znowu. Ale często te niskobudżetowe, niezależne filmy mają w sobie urok zwykłości, któremu nie umiem się oprzeć. Choć są przegadane i "o niczym".

Bo ja najbardziej lubię żeby było "o życiu" - czy to film, komiks, serial, czy piosenka, to jednym z przemawiających do mnie cech jest autentyczność, szczerość i bliskość realnego życia. Bez retuszu, fotoszopa i lukru. Żeby było tak zwyczajnie. Bo to, co zwyczajne jest ciekawe.

"Frances Ha" (Best Film)

Ludzie jak my

Odkrycie, że wszędzie są zwykli ludzie, borykającymi się ze zwykłymi problemami, tacy którym stylista rano nie wybiera z garderoby ciuchów i nie czeka na nich limuzyna pod blokiem, nie jest może odkryciem na miarę Ameryki, ale ma w sobie coś krzepiącego. Że popatrz pan w tych Stanach to jednak wcale nie jest tak super, ludzie się męczą sami ze sobą i przeżywają swoje nieistotne dramaty, gadają ze znajomymi (o życiu i miłości, rzecz jasna), ale od tego niewiele się zmienia.

Klasycznym filmem tego typu są "Piwne rozmowy braci McMullen" Eda Burnsa o irlandzkim rodzeństwie, ich wzajemnych relacjach, miłościach, codziennych sprawach. Naprawdę nic nadzwyczajnego, a jednak wracam do tego filmu stale odkąd jeszcze w czasach licealnych obejrzałam na jakims DKFie. Bo siedzi w mojej głowie. Inne rzeczy Burnsa też serdecznie polecam, zwłaszcza "Newlyweds" bo to takie życiowe i o związkach. Dodam, że Burns jest rudy (tak, to ma związek ze sprawą wysoki sądzie).

W tej kategorii "filmów z autentycznym dialogiem" (których jest bez liku, więc muszę się pilnować, by nie zrobić tu jakiejś dłuższej wymienianki) ważne są dla mnie jeszcze "Samotny Jim" Steve'a Buscemi'ego (Casey Affleck w głównej roli na pewno mi nie przeszkadza), "Siostra twojej siostry" z reżyserem i aktorem Markiem Duplassem (kolejna moja miłość) w obsadzie, "Debiutanci" i klasyk filmu gadanego czyli "Przed wschodem słońca". Co mi przypomina, że wciąż nie widziałam trzeciej części trylogii, mam nadzieję, że jeszcze grają.

Nuda jest wszędzie

Być może we wczesnej młodości skrzywdził mnie niejaki Jim Jarmusch, którego filmy jako zbuntowana nastolatka chłonęłam całą sobą, ale od czasu "Nieustających wakacji" uwielbiam na ekranie nudę. Taką dobrze kontrolowaną nudę, bo nawet gdy nic się nie dzieje na zewnątrz, to na pewno dzieje się w głowach bohaterów, no ale jednak: filmy akcji to nie są.

Tu idealnym przykładem będzie "Z wzajemnością" Andrew Bujalskiego. Czarno-biały film o nowojorskich hipsterach, którzy chodzą na koncerty do przypominających nory klubów, wyżerają płatki śniadaniowe z kartonu, albo leżą na łóżkach i gapią się w przestrzeń. Brzmi zachęcająco, wiem. Tym niemniej zachęcam, bo uroda tego filmu tkwi w niuansach - spojrzeniach, zawieszeniach głosu, muzyce.

I bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy są teraz na Nowych Horyzontach we Wrocławiu i mogą zobaczyć najnowszy film Bujalskiego "Computer Chess" o komputerowych geniuszach z lat 80. Sam Bujalski zresztą wygląda jakby był jednym z nich (albo nowojorskim hipsterem).

http://www.krautmagazin.de/andrew-bujalski/Brodaty, inteligentny, utalentowany...

Zwyczajne dziwactwa

Kocham też zwyczajne szaleństwa (tak, nawiązanie do filmu Zelenki jest celowe - widzę tu sporo podobieństw między czeską a amerykańską kinematografią) i opowieści o ludziach, którzy są zwyczajni do bólu, a jednak trochę dziwni. Bo mają jakieś lęki i fobie, z czymś sobie w życiu nie radzą, czegoś im brakuje. Są śmieszni i bezbronni w swojej nieporadności, czasem irytujący z tymi wydumanymi problemami. A jednak nie sposób ich zapomnieć.

Taki jest Jonah Hill jako nie mogący odciąć maminej pępowiny "Cyrus" w filmie Marka Duplassa, tacy są wszyscy bohaterowie Mirandy July w "Ty i ja i wszyscy, których znamy", taki jest uroczy Paul Dano jako nieśmiały sprzedawca materaców w filmie "Gigantyczny". Ale królem bohaterów dziwnych, irytujących, a jednak wspaniałych i bliskich jest grany przez Bena Stillera "Greenberg" (tak! Stiller odkupił tą rolą wszystkie złe komedie, w których wystąpił. No oprócz "Zoolandera", "Zoolandera" nie dam znieważyć).

Bohater filmu Baumbacha to neurotyczny, kompulsywny, przechodzący załamanie psychiczne maruda i socjopata, który "robi w życiu nic", a czas wypełnia pisaniem pełnych furii i przepojonych jadem listów ze skargami do rozmaitych marek. Jest niesympatyczny, żałosny, rani innych ("życie traci się na innych ludzi"). A jednak, a jednak. Gwarantuję, że go pokochacie. Bo jest taki jak Wy. Jak ja. Jak wszyscy. I nikogo innego nie udaje.

Więcej o: