A ja lubię muzyczne festiwale. Tylko muszą być trochę inne

Panuje moda na manifestowanie swojej niechęci do festiwali muzycznych. No dobrze, po hipstersku powiem, że ja już nie chodziłam na festiwale, gdy jeszcze nie było to modne, a teraz z przyjemnością powracam do niecnego procederu masowego konsumowania dużej ilości muzyki na żywo. Bo ja lubię festiwale, ale te mniejsze, mocniej sprofilowane, często też odbywające się w niezwykłych miejscach.

Wyrwa w moim festiwalowym życiu wywołana pojawieniem się mojego drugiego dziecka, które przyszło na świat pewnego wakacyjnego sezonu idealnie między Audioriver, Offem i Tauronem trwała w sumie trzy lata. Przez ten czas cały foch i zniesmaczenie wywołane obcowaniem ze zmanierowanym i często zupełnie nieinteresującym się muzyką tłumem przypadkowych odbiorców zdążył odejść w zapomnienie. Za to wciąż żyłam wspomnieniem wszystkich miłych momentów. Ciepło wspominam Poznański Ethno Port z całą jego niezobowiązująca atmosferą. To tam, już w ósmym miesiącu ciąży na przemian gibałam się pod sceną przy muzyce Hanggai, zalegałam na kocu podczas występów fińskiego barda Wime, wreszcie zbierałam materiał zdjęciowy do relacji z całej imprezy.


Mam nadzieję, że po burzliwych perypetiach z finansowaniem imprezy, powróci do starorzecza Warty i w 2014 roku będę mogła już na spokojnie z dwójką dzieci u boku wrócić na spotkania z muzyką świata. Bo Ethno Port kojarzy mi się właśnie z taka imprezą na którą można było bez stresu przyjść z potomstwem: bezpiecznie, blisko natury i przyjaźnie -  zawsze znalazł się ktoś, kto z dzieciakami zagrał na bębenkach, albo zainicjował wspólne tańce.

W ramach rekompensaty sezon zainaugurowałam w ubiegłym tygodniu z przytupem jadąc na reportaż z "Dźwięków Dolomitów". To, że koncerty odbywają się najczęściej  na niebotycznych wysokościach powyżej tysiąca, a czasem nawet i dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza to tylko jeden z wyróżników. Festiwal jest wyjątkowy, bo można spędzić na przykład trzy dni na wspólnej wspinaczce z występującymi na nim artystami. Wyobrażacie sobie sytuację, w której w dzień przemierzacie kolejne wzniesienia włoskich Alp, a po solidnym nieraz wysiłku zasiadacie na polanie i słuchacie muzyki granej przez wirtuozów, którzy szli z wami ramie w ramię? W tle zaś zapierająca dech w piersiach górska panorama.

Cóż, festiwal gromadzi też całe mnóstwo przypadkowej publiczności, nie ma najlepszego nagłośnienia na świecie, często można sarkać na repertuar - ej, muzyka klasyczna? Serio? Nie można było przygotować programu przepełnionego muzyka bardziej rdzenną, folkową? Ale mówię wam dwie godziny koncertu  w takich okolicznościach przyrody przenoszą człowieka w zupełnie inny stan ducha. I nie przeszkadza, że ktoś obok właśnie zdejmuje z nóg ciężkie buciory, ktoś odwija kanapkę z kotletem. Jesteśmy w górach, to inna sytuacja. Kolejnym plusem jest brak wielkich bannerów reklamowych, brak jakichkolwiek stoisk z jedzeniem, brak chrzczonego piwa i brak toalet. I tak to się kręci już od dziewiętnastu lat.

Mario Brunello zagrał koncert na szczycie dwutysięcznika i... idzie dalejMario Brunello zagrał koncert na szczycie dwutysięcznika i... idzie dalej

Gdy piszę ten tekst nerwowo spoglądam na zegarek, bo za chwilę ruszamy na Audioriver, który zaczyna się dziś wieczorem. Lubię muzykę elektroniczną, choc mogę trochę narzekać, że Audioriver ma takie sceny, na które nie warto iść nie zaćpawszy się wcześniej jakimiś pigułami - wielogodzinne, powtarzalne, znacznie twardsze brzmienia nie sprzyjają trzeźwemu przyswajaniu dźwięków. Mogę wzdychać za czasami, gdy z tak zwanym "żywym bandem" grał tam James Lavelle, ojciec projektu UNKLE, ale koniec końców pakuję plecak i jadę. Bo sam festiwal odbywa się w genialnym miejscu - w Płocku, na plaży, pod skarpą, na której nocą podświetlane sa wieże przepięknej katedry.

Dlatego jeśli gardzicie elektroniką, możecie spróbować przyjechać tu na jakiś inny festiwal, choćby Reggaeland. Ja nie gardzę (a że może być miło udowadnia DJ Spox, który przygotował taki miks audioriverowy do posłuchania). Cieszę się, że usłyszę na żywo Oszibarack z nowym materiałem, Annę "An On Bast" Sudę, która zagra na żywo z trębaczem Maciejem Fortuną. Sprawdzę jak się ma na żywo XXANAXX, wreszcie posłucham Lusine i nie omieszkam przegapić występu Rudimental, którzy może są słodcy, ale do Płocka obiecali przyjechać w pełnym koncertowym składzie, a to oznacza drum`n`bass grany z sekcją dętą i innymi atrakcjami dźwiękowymi.

I już się nawet cieszę, ale jeszcze większą radochę w moim serduszku wzbudza fakt, że będę mogła odwiedzić po czterech latach przerwy (o mamo, to aż tyle?) mój ukochany Tauron Nowa Muzyka. Ubolewam, bo dawno, dawno temu, gdy jako młoda matka jednego dziecka skakałam przy Ebony Bones, sarkałam na słabe światło do zdjęć przy Fever Ray i poddawałam swe trzewia atakowi basów rzucanych przez Flying Lotusa - cała impreza odbywała się na terenie starej kopalni. Co cieszy podwójnie bo wszelkie okołoelektroniczne i nowomuzyczne poszukiwania pasują do takich industrialnych zabudowań. Co zaś najważniejsze - strefy piwno-jedzeniowe były w miarę dyskretne, publiczność zdecydowanie nieprzypadkowa i nastawiona na słuchanie muzyki a nie lansowanie się w modnych tiszertach, których i tak już nie kupisz, bo sprzedawali je tylko przez godzinę w Noc Kupały. No i hej, znów spotkam Jamie'go Lidella, co mi uświadamia, że psychofani z branży są najgorsi bo nie tylko mogą lubić artystów, ale robić z nimi wywiady a potem liczyć na koleżeńskie przybicie piąteczki.

Jeśli zechcecie zabłądzić do Katowic właśnie na tę imprezę, polecam Vladislava Delaya, bo gra po prostu rzeczy piękne A w ogóle to wszystkich zagranicznych gości polecam. Oczywiście nie wszyscy mnie osobiście wzruszają, ale każdy dorzuca kamyczek do muzycznego ogródka, zmieniając nieco równowagę w przyrodzie. Może to dziwne, ale równie bardzo co na spotkanie z twórczością artystów spoza Polski, cieszę się też, że jeden z moich znajomych z Wrocławia przyjedzie na Taurona, żeby późnowieczorną porą zamknąć prezentację ciekawych artystów z szalonej wytwórni Mik Musik. DJ Czarny Latawiec to jeden z tych ludzi, którzy przesłuchali wszystkie płyty, a ma tę zaletę, że nie czuje się z tego powodu lepszy, więc można z nim po prostu normalnie porozmawiać o muzyce i emocjach.

Szef Mik Musik i DJ Czarny Latawiec, polecam tych rozmówcówSzef Mik Musik i DJ Czarny Latawiec, polecam tych rozmówców

Te dwie sprawy - muzyka i emocje, a przy okazji też ruch są bardzo ważne podczas Skrzyżowania Kultur. To jeszcze jeden muzyczny festiwal, z którym jestem od wielu lat bardzo związana. Nawet w stanie połogowym udało mi się wyrwać na pojedyncze imprezy. Całość zaś nosi znamię imprezy przygotowywanej z pasją i sercem. Trwa zazwyczaj tydzień, czasem dzień lub dwa dłużej. Od bodaj sześciu lat jest tez imprezą wychodzącą do ludzi. W cieniu warszawskiego PKiN, w wielkim namiocie, podczas każdego z festiwalowych dni odbywają się dwa ciekawe koncerty. O repertuar dbają ludzie, którzy jeżdżą po świecie właśnie po to, by odnajdywać artystów ważnych, kontynuatorów tradycji regionalnych albo innowatorów dopisujących nowy rozdział w historii lokalnej muzyki.

To też miejsce, gdzie przypadkowi odbiorcy rzadko wytrzymują dłużej niż godzinę, za to co roku przychodzą setki  ludzi ciekawych świata, głodnych muzycznego podróżowania, przychodzą "w ciemno", bo ufają na tyle organizatorom, zwłaszcza zaś Marii Pomianowskiej, która jest dobrym duchem, ale i mózgiem operacyjnym tego festiwalu, że nie muszą się martwić źle ulokowanymi pieniędzmi. Zazwyczaj Skrzyżowanie Kultur obfituje w spotkania z nieznanym, zazwyczaj też pozostawia publiczność w stanie totalnego oczarowania. A misją edukacyjną zajmują się też mistrzowie prowadzący warsztaty. A ja w tym roku czaję się szczególnie na naukę haki. Co to haka? Nowozelandzki taniec wojenny, który w ostatnim trzydziestoleciu spopularyzowali piłkarze rugby.

Drużyna All Blacks fenomenalnie czerpie ze swych tradycji i zamiast hymnu zawsze na boisku wykonuje właśnie hakę, czym wzbudza przerażenie u przeciwników. A wiecie jak haka działa na dziewczyny? Jeśli nie, to powiem wam, że wśród moich fochowych redakcyjnych koleżanek zawiązał się już mały fanclub. W Warszawie co prawda nie będą tańczyć rugbiści, ale na warsztatach, oraz na scenie spotkamy nie mniej fascynujących wykonawców. Haki nie powinno bowiem zabraknąć w występie Moana Maniapoto, która na scenie pojawi się ze swoim maoryskim The Tribe.

Aha, I chociaż wiem, że może to być trudne i że Selector Festival przyciąga już znacznie szerszą publiczność, ma wszystko to, za co wielu krytykuje inne Alter Artowe imprezki, ale ma też line-up, który wywołuje w moim serduszku drżenie. No dobra, The Knife trochę przekombinowali nowa płytę i może to być trudne doświadczenie dla masowego odbiorcy, When Saints Go Machine w małych dawkach może być okej,  za to w opcji albumu długogrającego straszliwie mnie znudziło, ale, ale...  Przyjeżdża mój ukochany James Blake.

Rozumiecie, że ja po prostu muszę zrobić z nim wywiad i muszę obejrzeć jego koncert na żywo (a potem wrzucić o tym dwadzieścia nieostrych zdjęć na Instagram, by dać upust swej nastoletniej ekscytacji). W takich chwilach wszystko inne przestaje się liczyć. Bo ja nawet te dźwięki, których nie usłyszę w dzikim tłumie, to sobie sama dopowiem w pamięci.

Więcej o: