Pięć filmów, które ryją mi mózg. Lubię bolesne przyjemności

Z tymi filmami - wydmuszkami jest jednak o niebo łatwiej. Miło się ogląda, miło się wraca, miło wspomina. Istnieje jednak osobna kategoria. Niektóre z jej składowych pewnie spokojnie można zaliczyć do wydmuszek, zwłaszcza pod względem ciężaru przesłania. Ale wydmuszki są lekkie i przyjemne. Te zaś filmy zjadają po kawałku i łamią serce. Mimo to czasem wracam. Czasem dobrze jest się dobić. A czasem warto sprawdzić, czy jeszcze boli - i dlaczego.

Closer

Odkąd obejrzałam - "Bliżej" - jest na szczycie mojej listy filmów, które ryją mózg. Nie mając nic wspólnego z żadnym z bohaterów - identyfikuję się ze wszystkimi. Nie zliczę, ile razy istotne wydarzenia w życiu układały mi się pod ten czy inny cytat. Oczywiście kolana mi miękną na widok Clive'a Owena, całą obsadę uważam zresztą za mistrzowską. Słabości i błędy bohaterów boleśnie dźgają mnie w miękkie. Tak bardzo rozumiem, każdy gest, nawet te, których jeszcze nie miałam okazji wykonać. Nic a nic nie przeszkadza mi lekka teatralność sytuacji i dialogów, zresztą uzasadniona genezą. Kilka razy śmiałam się, oglądając. Znacznie częściej płaczę. Czasem dlatego, że obejrzałam. Czasem łzy to pretekst do oglądania. Jeszcze parę razy potknę się w życiu na tym filmie, tego jestem pewna.

Mój Tata, gorąco przeze mnie namawiany do obejrzenia "Oniegina" opędzał się ode mnie jak od namolnej muchy:

- Idź, dziecko, Amerykanie nie umieją kręcić filmów o Rosjanach, co oni wiedzą.

I nie obejrzał. Nawet rozumiem motywy. Ale Liv Tyler była cudowną, dziewczęcą, pełną uroku i wzruszającą Tatianą, a Ralph Fiennes odpowiednio irytującym, zadufanym w sobie, przejrzałym i zgorzkniałym Onieginem. To jest, wbrew pozorom, bardzo uniwersalna historia, zwłaszcza tak ujęta, nawet w tym sztafażu, dekoracyjnym i efektownym. Ta historia, o nie dość dobrej, a upragnionej, kiedy wymknęła się z zasięgu. O miłości, nudzie, zgorzknieniu, nadziei, zobowiązaniu i żalu. Mnie rozkłada, w tym wydaniu zwłaszcza. Najmocniej utkwiły mi w głowie dwie sceny. Ta na balu:

- I saw you, Mademoiselle, but I wasn't sure that it was you.

- And? Is it?

i - nieustająco - ta:

Jestem zakochana w Nabokovie od zawsze, no dobra, od szesnastego roku życia. Mam go w pierwszej piątce mistrzów warsztatu, przy czym żyję ze świadomością, że ciągle mam za mało wiedzy, żeby tego erudytę i literackiego flirciarza czytać do końca świadomie.  Z bólem zębów obejrzałam kubrickowską ekranizację "Lolity". Kubrick kompletnie zlekceważył zaproponowany przez Nabokova scenariusz i to było bardzo widać. Uznałam zresztą, że tego się nie da nakręcić. Jak można oddać tysiące niuansów, aluzji literackich, zapożyczeń, jak można nakręcić nieustającą zabawę w chowanego z czytelnikiem? Nie da się. Zostaje prostacka historia o obleśnym capie, uganiającym się za zdemoralizowaną nastolatką. I oto Adrian Lyne udowodnił mi, że się mylę. Jest u niego wszystko - tragiczna, straszna miłość, tajemnica, rozpacz, upadek i fatalne przeznaczenie. I tak poszukiwany przeze mnie uniwersalizm. Zgoda, nie ma tej wirtuozerii słowa. Upieram się nadal, że na ekranie nie zaistnieje. Ale sądziłam, że ta historia, bez płaszcza literatury, musi być wulgarna i okropna. Nie musi.

Chciałabym powiedzieć, że ta "Wierność" to z miłości do Sophie Marceau. Ale z tego uczucia to ja sobie mogę po raz setny "La Boum", albo "Fanfan". I byłoby lekko, oraz bezboleśnie. Żuławski wśród tych wszystkich swoich okropieństw przeraźliwych, chorych i brutalnych nakręcił jeden, jedyny film, zupełnie "nieżuławski". Chyba dlatego, że ją tak strasznie kochał, tę swoją Sophie. Z każdej sceny filmu ta miłość wyłazi, taka rozpaczliwa, zupełnie jakby wiedział, jak to się skończy, taka tęsknota na zapas i tyle czułości do niego niepodobnej. Byłam na premierze prasowej "Wierności" w czasach, kiedy takie imprezy należały do moich obowiązków zawodowych, to jak ona wygląda na ekranie (pięknie) nie oddaje zupełnie tego, jaka jest w rzeczywistości, o takich kobietach mówi się i myśli "olśniewająca", nie można było oczu od niej oderwać, biedny, biedny Żuławski.

Jest jedna scena, kiedy ten koszmarny, zapluty, zarośnięty na gębie fotograf wypełza spod stołu, przepalony, niechlujny, niewyspany od tygodnia, wygląda jak skrzyżowanie kloszarda z bogiem seksu, zapala papierosa, chrypi i kaszle, patrzy na nią i ona na niego, Jezus Maria, jak oni na siebie patrzą i wreszcie on wyciąga tego papierosa w jej kierunku z niemym "chcesz się sztachnąć?" a ona milczy, drgają jej usta, oczy ma wielkie i w końcu obronnym ruchem podnosi aparat i robi mu zdjęcie. I dla mnie to jest kwintesencja wszystkiego, co zdarza się, nieodparcie, kiedy nie powinno i wiesz, że będą kłopoty, że nie wolno, że nie trzeba, że to będzie trzęsienie ziemi. I jesteś bezbronny.

"Ukryte pragnienia" (jak ja lubię polskie tłumaczenia filmów, TO BOLI) pozornie nie powinny się znaleźć w tym zestawieniu. Piękny, pogodny, pełen światła, wina, kolorów, muzyki film. Mądry i czuły. I dla każdego. Dla dziewiętnastolatki goniącej za cieniem pierwszej miłości (która to miłość nigdy, nigdy nie jest taka, jak pamiętałeś), dla trzydziestolatki, która już widzi, że ten cudowny facet jest kretynem, ale jeszcze przez chwilę pozwala sobie na luksus ślepoty, również dlatego, że decyzja i jej konsekwencje są takie trudne, przynajmniej z daleka. Dla pięćdziesięciolatki, która wszystko wie, nic jej nie umknęło, godzi się z tym, milczy i uśmiecha. Bo już może. Bo już wie, co jest ważne. Bo nie warto inaczej. Bo to wszystko jest już trochę obok, a wspomnienia łagodnieją. Bo wzruszenia i walka z nimi są dla młodych. Ona chce odpocząć, popatrzeć, posłuchać. No i Jeremy Irons łamie mi serce właściwie w każdej roli. Taka słabość. A odchodzący i w toskańskim świetle łamie mi serce z przemieszczeniem. Czego i Wam życzę.

Więcej o: