"Pocałuj mnie w dupę" powiedział mój metabolizm i odszedł do młodszej

Myślałam, że wróci, ale porzucił mnie na stałe. Przeszłam przez wszystkie stosowne fazy od załamania "jestem beznadziejna", poprzez wyparcie "wcale nie przytyłam, po prostu teraz jestem bardziej seksowna", do obojętności "a niby dlaczego miałabym chudnąć?", kończąc na buncie "chcę mieć swoje ciało z powrotem".

I pomyśleć, że przez pierwsze trzy dekady życia nie wiedziałam na czym dokładnie metabolizm polega. Majaczyło mi się jakieś hasło z biologii, ale obok wołami „nie dotyczy”. Więc się nie wczytywałam. Ignorowany metabolizm kochał mnie nad życie. Chociaż była to trudna miłość. Dla niego. Żarłam jak koń. Co chciałam, ile chciałam i kiedy chciałam.

Urodziłam pierwsze dziecko. Nie ćwiczyłam. Mimo to metabolizm kochał, a ja byłam nadal szczupła. Między nami zaczęło się coś psuć po 30-tce i drugiej ciąży. Zauważyłam, że po zimie ważę inaczej. Początkowo przywrócenie wagi właściwej nie było problemem. Nie dojadłam, nie dospałam, trochę się przebiegłam i po sprawie. Aż dwa lata temu okazało się, że nie umiem zrzucić zimowych kilogramów. Przeciwnie. Mam jakiś szalony TALENT do ich gromadzenia.

O JEDEN PĄCZEK ZA DALEKO

Kiedy waga pokazała, że ważę osiem kilo więcej niż miałam w zwyczaju przez większość życia, postanowiłam wprowadzić DIETĘ. Trochę poczytałam, trochę popytałam i nie przewidując najmniejszych trudności przeszłam do działania. Bez histerii, no bo co może się nie udać, skoro już zdecydowałam się na odchudzanie? Otóż WSZYSTKO!

Na diecie mono też można podobno przeżyć, ale co to za życieNa diecie mono też można podobno przeżyć, ale co to za życie

Przez dwa lata przerobiłam trzy diety. Na początek zdrowo: pięć rozpisanych, zrównoważonych posiłków dziennie. Wytrwałam najdłużej, dwa miesiące kupowałam, dziabałam, ważyłam, pakowałam w pojemniczki, jadałam na dzwonek budzika. Znienawidziłam kuchnię, znienawidziłam jedzenie, cały czas byłam GOTUJĄCA, byłam JEDZĄCA, byłam ZŁA, byłam GŁODNA. Mój świat skurczył się do myślenia o gotowaniu, transportowaniu i spożywaniu cholernych posiłków, którymi i tak nie byłam w stanie się najeść. Zważyłam się po dziewięciu tygodniach - półtora kilograma więcej! Wierzcie mi, gdyby choć pół kilo w dół, być może ciągnęłabym to dalej.

Po kilku miesiącach podjęłam wyzwanie po raz drugi, tym razem katując się dietą wykluczającą. Dało to „efekt motyla”, w tłumaczeniu na język odchudzania, przez miesiąc schudłam tyle, co waży motyl. Odczekałam pół roku i tak, ZROBIŁAM TO. Ale byłam już wtedy DESPERATKĄ. Wypróbowałam Dukana. Wyniki badań miałam powiedzmy znośne, waga spadła w miesiąc o 3 kilogramy, ale nawet widząc, że białkowy szatan działa, DOSŁOWNIE nie miałam siły kontynuować. Nie przy pracy, prowadzeniu domu i milionie posiłków dla pozostałej części rodziny. Swoją drogą, to naprawdę dziwne - kiedy tylko jestem na diecie moja rodzina nagle przetrawia jakieś tony jedzenia a znajomi robią fety z obłędnym żarciem i nieprzyzwoitymi drinkami.

Mniej jeść, więcej się ruszać - nadciąga WOJNA ze starzejącym się metabolizmemMniej jeść, więcej się ruszać - nadciąga WOJNA ze starzejącym się metabolizmem

Od razu wyjaśnię: RUSZAŁAM SIĘ. Przyznaję, nienawidzę ćwiczyć, zwłaszcza w pomieszczeniach zamkniętych. Rekompensuje mi to moja miłość - bieganie. Oddaję się temu nałogowi kiedy tylko mogę, czyli wystarczająco często, żeby uznać to za wspomaganie diety.

A GDYBY TAK NA CHWILĘ PRZESTAĆ TYĆ

W pewnym momencie zapragnęłam po prostu przestać tyć. Poszłam do lekarza. Prawie, że błagałam o jakieś medyczne usprawiedliwienie dodatkowych kilogramów. Może znowu mam kłopoty z hormonami? Może plaster antykoncepcyjny źle dobrany, może leki na alergię? Nie? No to chociaż problem z płucami, poważnie, panie doktorze, co wezmę głębszy oddech, to jakby mi w obwodach przybyło? Na pewno jest jakieś zewnętrzne usprawiedliwienie. Prosiłam, to dostałam: „Metabolizm zwalnia, to normalne skoro się pani STARZEJE”. Auć!

Skoro to NORMALNE, to może powinnam zaakceptować nowa wagę? I tak rzadko mam czas na rozczulanie się nad swoim wyglądem, więc może zignorować? Niestety na razie jeszcze nie mogę. Powodów jest masa. Przede wszystkim jest coraz więcej sytuacji w których źle się ze sobą czuję. Po drugie mam cienkie kości i tyjąc nie nabieram kobiecych kształtów, tylko zwyczajnie się otłuszczam, co wygląda marnie. Po trzecie skoro metabolizm zwalnia z wiekiem, to jeśli nic nie zrobię, będę coraz grubsza. A po czwarte - ile można kupować same buty? Też to znacie? „Nie będę kupowała nowych spodni/kiecki/bluzki dopóki nie wrócę do swojej wagi. Dzięki bogu ZAWSZE mogę kupić buty, bo rozmiar stóp się nie zmienia”.

Tak, przyznaję, chcę schudnąć. Tym razem na poważnie. Przygotowuję się do tego jak na wojnę. Plan wydaje się prosty. PUNKT PIERWSZY: powstrzymać tycie na następne lata, czyli mniej jeść i więcej się ruszać. Z bólem, ale na razie daję radę. PUNKT DRUGI zaakceptować fakt, że już nie jestem chudzielcem. PUNKT TRZECI - ponieważ najwyraźniej nie jestem gotowa na punkt drugi - schudnąć.

Trzy lata i 8 kilogramów temuTrzy lata i 8 kilogramów temu

Będzie dieta. Będzie walka ze słodyczowym nałogiem. I chociaż nienawidzę ćwiczyć, tak Dziewczyny, będzie Chodakowska. Od jutra? Nie, od chwili kiedy skończę pisać ten tekst.

A ponieważ silna wolę mam w zaniku, a zdolności do chudnięcia zerowe, będę wdzięczna za każdą podpowiedź, jak tym razem nie polec.

Więcej o: