Jedenasta muza: czasem naprawdę kocham reklamy

Bez ironii, bez sarkazmu. Uwielbiam. Uważam za formę sztuki, może niespecjalnie wysokiej, ale za to ekscytującej i rozwijającej się w sposób imponujący. Naprawdę, potrafię gnać do kina na złamanie karku, żeby tylko nie uronić ani minuty z przedfilmowego, tak irytującego większość bloku reklamowego

Sucho ma ta palma, no...Sucho ma ta palma, no...

Czy patrzę w niemym, bezkrytycznym zachwycie? A skąd. Mamroczę brzydkie słowa, łapię się za głowę, opanowuję z trudem chęć pokazania faka ekranowi, szczególnie na reklamach typu: zakonnica z ogórkiem reklamuje delikatesy (o, jak łatwo stracić w moich oczach poblask dobrej marki, doskonały przykład skuteczności reklamy, na pewno o to chodziło?). Czasem zastanawiam się kto i na jakiej zasadzie dobiera reklamy puszczane przed konkretnym filmem. Czasem myślę, że jest to robione całkowicie na ślepo i losowo. Czasem kiwam głową z uznaniem. Czasem jęczę z dezaprobatą i chowam głowę pod płaszcz. Sprawia mi to szaloną przyjemność, owszem, dezaprobata również. Ocenianie, zastanawianie się, co na litość kierowało twórcą, coraz rzadsze popadanie w zachwyt.

 

Mam tak od szczeniaka, od pierwszych reklam pumeksu i prusakolepu. Wózki ze Zrembu to leitmotiv mojego dzieciństwa. Biegałam na Noce Reklamożerców, gdzie w skupieniu chłonęłam najokropniejsze suchary, przypominające fabułą i dynamiką "Niewolnicę Isaurę", a zaraz po nich fajerwerki kreatywności, które zapierały mi dech w dekolcie.

Oto prawda, drzemie we mnie niespełniony copywriter, mam czasem takie nieprzyzwoite sny, że kładę się z CV w zębach na progu agencji prowadzonej przez panów: Zaniewskiego i Przyborę i tak leżę, aż w końcu ujęci moją wytrwałością pozwalają mi zmywać ich filiżanki po kawie, mam bowiem bolesną świadomość, że akurat na tyle wystarczy moich umiejętności wrodzonych i nabytych. No, może bym mogła u Panów sprzątać za pieniądze. Prać czapraki, mięciutkie takie. Kolanami świecić.

Jak nie, to nie, moja dusza rwie się również do emigracji. W marzeniach widzę się w studio Davida LaChapelle. Mistrza. Czarodzieja. To, co czuję, patrząc na jego prace, da się porównać tylko z dziecinnym zachwytem na projekcji radzieckiego "Konika Garbuska". Czysta bajka. Glamur, pazur, nutka perwersji. I jak doskonale zna kobiety. Dejwidzie, czy mogłabym przetrzeć Twój tablet? Dziękuję.

Ten facet nie musi kręcić reklam w ścisłym tego słowa znaczeniu, żeby urzekać. Znam dokładnie trzy osoby, które poniższe promo skłoniło do zainteresowania się bliżej serialem. Podejrzewam, że takich ludzi jest więcej. Mnie ów oniryczny, zły, złamany klimat pociąga, jak mało co. Mogłabym LaChapelle uwielbiać tylko za ten króciutki film. Ale nie muszę, powodów do uwielbienia mam mnóstwo.

Bardzo mi imponuje, kiedy reklamotwórca ma do siebie i produktu dystans. Nie dotarliśmy do ciebie pięknym, poetyckim, pełnym namacalnego, erotycznego napięcia klipem?

Proszę bardzo, oto viral, do którego autorstwa nie przyznamy się nawet na mękach. Nigdy nie pokażemy go oficjalnie.  Nie weźmie udziału w konkursach. Będziecie go sobie wysyłać ze znajomymi, rechocząc z aprobatą. Jest wulgarny, zabawny, dosadny, odważny. Yyy, jakby to powiedzieć - NADAL utrwala przekonanie, że nasz produkt jest świetny. Aniołku.

Czasem trzeba niewiele. Śliczna panienka ze wzrokiem Keitha Richardsa w jego najlepszych latach. Czysty, doskonały, niosący pod samo niebo towar. Oczywiście mówię o komputerze. Była, czy nie była? Nieważne. Bummer.

Muszę powiedzieć, że nie lubię Beyonce. Nie przepadam za Britney. Ok, mogę znieść Pink. Uważam, że ta reklama jest głupia, prosta, trywialna, używa tanich pretekstów i odwołuje się do niskich instynktów. Jest dokładnie taka, jaka powinna być. Przepadam za nią. Ponieważ bardzo wysoko cenię sobie szlachetną sztukę manipulacji. Zawsze i wszędzie. Pokaż tyłek. Szejk it, bejbi.

A może zagramy na uczuciach rodziców? Co zrobiłbyś dla swojego malutkiego, rozczarowanego synka? Uszczęśliwi go ten samochód. A ciebie dowiezie na czas do domu. Co za bzdury. Łapię się na to, jak mucha na ekologiczny miód. Doskonałe.

Na koniec reklama, która budzi moje sprzeczne uczucia. Jest przepiękna. Perfekcyjna. Bardzo oryginalna. Nie dziwię się karierze, którą zrobił utwór grany w tle. Wielokrotnie oglądałam, z wielką przyjemnością. Jest jeden problem. Dla mnie ta reklama jest za dobra. Przez pierwszych kilkanaście odtworzeń nie mogłam zapamiętać reklamowanego produktu. To mogły być ubezpieczenia na życie, samochód, kursy malowania, turystyczny tramwaj objeżdżający San Francisco. Było mi wszystko jedno. Skupiałam się na kolorach, melodii, wrażeniu. Telewizor kompletnie mi umknął. Chyba nie tak miało być.

Manipulacja, wodzenie za nos, kłamstwo, bajka, oszołomienie, nieczyste zagrywki, słodzik, pigułka szczęścia, ściema i czar. Same dobre rzeczy. Dlatego przepadam.

Więcej o: