Wszyscy moi byli - nadal są. Ekscesy z eksami na Facebooku

Zainspirowana znalezionym w sieci artykułem o tym, że w czasach social-mediów ludzie nigdy ze sobą się nie rozstają tak do końca, postanowiłam przyjrzeć się własnym sieciowym (głównie facebookowym) relacjom z eksami.

Na fejsie mam dwunastu znajomych, z którymi łączyły mnie relacje o charakterze romantyczno-erotycznym. Pojemna kategoria, bo wrzucam do niej zarówno gościa, z którym "chodziłam” w liceum, kolegę z którym się kiedyś przespałam, chłopaka z którym czasem sobie flirtuję i faceta, z którym byłam związana w sposób jak najbardziej poważny. Oczywiście to nie wszyscy moi "byli” (zwłaszcza przy tak szerokim potraktowaniu tematu), ale wymieniam tylko tych, którzy (czasem z niepojętych przyczyn) są moimi sieciowmi "znajomymi”.

Niepojętych bo na przykład rozstaliśmy się w gniewie, wiele lat temu. A dziś lajkujemy sobie statusy na fejsie, czasem wdamy się w zdawkową konwersację, choć na żywo nie widzieliśmy się od lat i zakładam, że wcale byśmy nie chcieli. Ja bym nie chciała w każdym razie. Ale wirtualna znajomość z nim nie sprawia mi przykrości, więc niech tak będzie. Podobnie z gościem, z którym ostatni kontakt na żywo skończył się wezwaniem policji przez sąsiadów, bo typ darł sie pod moim oknem w środku nocy (dawne dzieje) - obecnie wzorowo i sympatycznie raz na półtora roku skomentujemy coś sobie nawzajem. I wystarczy.

Po co w ogóle utrzymywać ten pozór kontaktu? Bo skoro nie boli a raczej bawi, nie grozi traumą ani ponownym emocjonalnym kalectwem, to czemu nie. I niech sobie popatrzy głupek jeden jaka jestem teraz ładna, mądra i zadowolona z życia. I niech łka w poduszkę, że tyle dobra go w życiu ominęło (akurat).

Eksowie

Ja nie łkam, gdy patrzę na swych byłych niedoszłych, choć czasem lekki smuteczek jest, owszem. Czasem człowiek w masochistycznym odruchu trochę zabawi się w stalkera, obejrzy zdjęcia obecnej ślubnej lub nieślubnej (strasznie ładna, zaraza jedna), zaduma się na moment i... życie toczy się dalej. A przynajmniej jestem na bieżąco i nie grozi mi tak dziwny i nieprzyjemny szok, jak ostatnio gdy okazało się, że spotkane przypadkiem nastoletnie dziewczę jest córką mojego byłego. Z tych "poważnych” byłych. Miałby konto na fejsie, byśmy się poznakomili (żadnych wrogich uczuć do się nie żywimy, jak sądzę) i bym miała porządek w kartotece oraz pełen ogląd sytuacji. Rączka na pulsie. A tak to trzeba się było nerwosolu napić. Aha: nasto-córka konto na fejsie ma - sprawdziłam.

Inny przypadek to były, z którym dla odmiany naprawdę się przyjaźnię, więc naturalne, że mam go w znajomych na fejsbuniu. Nasze stosunki są stuprocentowo kumpelskie i normalne - z jednym małym wyjątkiem: tego przyjemnego uczucia, gdy "polubi” mi sweet-fotkę. Nawet jeśli najpierw polajkuje a potem szybko odlajkuje - żeby żona się nie wkurwiała, bo coś mnie ona nie lubi. I nie: nie mam jej w znajomych. (Choć dla równowagi mam wśród nich żonę innego byłego, który dla odmiany demonstracyjnie ignoruje istnienie fejsa. Ale ją lubię, nawet bardzo).

Jest jeszcze gość z którym nic nigdy, ale oboje wiemy, że byśmy chcieli, ale po prostu nam się nie złożyło - z różnych przyczyn. Jesteśmy wzorowymi znajomymi na fejsie. Czasem się z czegoś wspólnie pośmiejemy, czasem lekko powyzłośliwiamy i niby nigdy nic, ale jakoś zawsze mam go w topce najaktywniejszych kontaktów. Taka sytuacja, doprawdy nie wiem czym ją wytłumaczyć. To znaczy wiem, doskonale.

Do flirtów to już w ogóle Facebook jest idealny - ileż przyjemnych niedopowiedzeń można zawrzeć między statusami, lajkami, komciami i w konwersacjach na czacie... Można być też bardzo prostolinijnym i konkretnym, i zwyczajnie umówić się na seks - metoda równie dobra jak każda inna. Choć nie próbowałam jeszcze (odbiorców wszystkich tych wiadomości wysłanych na próbę uprzejmie proszę: bądźcie dżentelmennami i nic nie mówcie).

Gdy w grę natomiast wchodzi rozstanie, zwłaszcza bolesne, to fejs wrogiem jest. Nie przerabiałam tego jeszcze osobiście, ale cóż: wszystko przede mną. Mam natomiast znajomego, który natychmiast po rozstaniu ze swą ukochaną skasował konto na Facebooku i noga jego nie postała w okolicy od tamtego czasu (a było to już lat temu hoho). Zawsze podziwiałam go za ten hart ducha, samurajskie czyste cięcie. Nie ma nic gorszego niż obserwować przez internet nowe życie kogoś niegdyś nam bliskiego, jeśli w tym życiu nie ma już miejsca dla nas, a my tymczasem wciąż żywimy uczucia. I nic nie pomoże wyrzucenie ze znajomych, blokowanie itd. Zawsze się na jakiś ślad trafi u wspólnych znajomych. I będzie bolało. A jeszcze nie daj boże po pijaku człowiek zacznie jakieś durne wiadomości wysyłać - czysta groza i cios dla miłości własnej najgorszy. Bo umówmy się: pozory są ważne.

Zamiast morału na koniec jeszcze jedna dykteryjka: jest taki były z którym się nienawidzę i choć z racji zawodowych widuję go dość regularnie, to nie mówimy sobie nawet dzień dobry. Opanowaliśmy do perfekcji udawanie, że się nie znamy. A może by go tak zaprosić do znajomych i zobaczyć co z tego wyniknie? Może rzygniemy tęczą i padniemy sobie wirtualnie w ramiona? Kusi, ale nie aż tak bardzo.

Więcej o: