Dobre rzeczy chadzają trójkami? Cóż, tak jest w świecie moich ulubionych filmów

Trylogie, trylogie, wszędzie trylogie! W czasach młodości mojej babci była tylko jedna, w dodatku niezekranizowana. Wystarczyło rzucić tylko hasło i już wszyscy wiedzieli, że chodzi o Sienkiewicza. Gdy nastolatkami byli moi rodzice też była tylko jedna - ta, w której dobrzy rycerze Jedi ratują świat przed zakusami Imperium. A ja? Co ja mam powiedzieć?

Może trochę przesadziłam z tym, że wszystkie moje ulubione filmy to trylogie. Nie tak dawno przecież mogliście się przekonać, że równie chętnie kazałabym Wam unosić się na falach, dźwiękowych oczywiście, filmów dokumentalnych poświęconych muzyce, albo podglądać życie wewnętrzne rodzin przedziwnych (nadal ubolewam, że na Kinopleksie nie ma "Małej Miss", która ubóstwiam na równi z "C.R.A.Z.Y."). Ale trylogie filmowe zajmują szczególny obszar w moim serduszku. Szczególnie duży, bo - wiadomo - wiele z nich po prostu wymaga olbrzymich zasobów czasowych. Ale też szczególnie emocjonalny.

Powrót do przyszłości

Och, wybór tej trylogii to jest w około 90% trumf serca nad umysłem. Po prostu kocham w tych filmach wszystko. Kocham samochód, którym Marty McFly i Doc poruszają się po meandrach czasoprzestrzeni, kocham lekko kiczowatą wizję przyszłości, dosyć sugestywną panoramę przeszłości (no dobrze, jak byłam mała najbardziej na świecie przerażała mnie żółta woda do picia), kocham steampunkową lokomotywę, latającą deskorolkę i rozmowy o meandrach fizyki. Kocham to, jak wszystkie części się zazębiają i ogrywane są te same motywy.

Powrót do przyszłości

Uwielbiam też środowisko fanowskie związane z tą trylogią. Miłośnicy "Powrotu do Przyszłości" robią najbardziej urocze cosplaye, filmy dokumentalne, rekonstrukcje samochodów. Mają też świetne pomysły na alternatywne plakaty reklamujące te filmy. Kiedy rok temu dostałam od własnej matki w prezencie model butów bliźniaczo podobny do tego, w którym biegał w filmie Marty, piszczałam prawie jak nastolatka. A pomyśleć, że zaczęło się od zauroczenia samym bohaterem filmu - dawno dawno temu, w odległej galaktyce zwanej Dzieciństwem Dominiki. Teraz jest jeszcze coś, za co kocham "Powrót " - mogę do niego wracać z moim synem. Jest wystarczająco krótki, zgrabny i dynamicznie nakręcony, żeby zauroczyć ośmiolatka. W ciągu ostatnich kilku miesięcy udało się nam wrócić do całości już trzy razy. Przypadek? Sami powiedzcie.

 

On istnieje!On istnieje!

 

Gwiezdne Wojny - te pierwsze

Och proszę Was, są jakieś drugie? W sensie ta druga trylogia, która obejmuje części od pierwszej do trzeciej? Nie, nie sądzę. "Gwiezdne wojny" zaczynają się od Epizodu IV. Tak było, jest i będzie. Wiecie, że dosyć długo rozmawialiśmy z mężem o tym, w jakiej kolejności pokazywać tę serię naszym dzieciom? Zrobić to "po bożemu", tak, by jako pierwsze pokolenie w rodzinie miały szansę obejrzeć upadek moralny Anakina i narodziny Luke'a? A może pozwolić im przeżyć to niesamowite zaskoczenie. Och, bo wiecie, to ikoniczne wręcz "I`m your father, Luke!"

Darth Vader

Błagam! Mam wszystko zepsuć pokazując dwa filmy o wyścigach na pustyni i ckliwym tarzaniu się z dziewczyną w kwiatuszkach na kiczowatej kosmicznej łączce oraz ten trzeci, gdzie jest dużo nudnych scen na gorącej lawie wulkanicznej? Foch. No dobrze, ale to są problemy pierwszego świata, które rozwiązuje ewolucja.

Syn poznał świat Gwiezdnych Wojen w szkole, dzięki modzie na Wojny Klonów i szczerze znienawidził całe zagadnienie, bo "Wszyscy to lubią". Cóż, wrodzony hipsteryzm ma wysoką cenę. A ja wiem jedno. Epizody I-III są w moim świecie tylko rozbudowanym dodatkiem. A kto narzeka, że "Imperium kontratakuje" jest nudnym pomostem między "Nową nadzieją" a "Powrotem Jedi", niech idzie narzekać gdzie indziej. No i oczywiście, że wiem, że będzie jeszcze kolejna trylogia. Ale powiem wam jedno, nie grzeje mnie to dopóki nie będzie zawierać scen z Hanem Solo granym przez młodego Harrisona Forda.

Chłopaki mają w sobie coś z Jedi...Chłopaki mają w sobie coś z Jedi...

Oczywiście "stare" Gwiezdne Wojny też mają fanów, a ci fani kręcą swoje trylogie. Na przykład Kevin Smith - najpierw zrobił trylogię z Jersey zainicjowaną, przez uwielbianych przeze mnie "Sprzedawców" (och, tak się złożyło, że jest tam jedna z moich ulubionych nerd-scen w kinie, gdy panowie rozmawiają właśnie o Gwiezdnych Wojnach) a dopełniona przez "Szczury z Supermarketu" i "W pogoni za Amy", a teraz przechwala się w internetach, że lada chwila pokaże światu trzecią część samych "Sprzedawców" i będzie to najlepszy film jaki w życiu nakręcił. No dobra, Kevinie, przyjmuję twoje wyzwanie i czekam.

Indiana Jones

Kolejna miłość z dzieciństwa. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy po obejrzeniu "Poszukiwaczy Zaginionej Arki" biegałam jak szalona po lasach i pagórkach w okolicach Jeleniej Góry i wierzyłam, że jestem na tropie jakiejś wielkiej nadprzyrodzonej tajemnicy. Dzieci tak mają. Niemcy, którzy w czasach II Wojny Światowej wydrążali tu góry od środka, by umieszczać tam swoje rakiety, wcale nie pomagali ostudzić tych wyobrażeń. Więc kocham całą trylogię za to, że potrafiła w dzieciaku rozbudzić chęć poznawania historii i podróżowania do najdalszych zakątków świata. I za Harrisona Forda w kapeluszu.

Indiana Jones

Ja wiem, że główną role miał dostać Tom Selleck, kaman, wyobrażacie sobie Indy'ego Jonesa z wąsem? Pojawienie się "drugiej" trylogii Jonesa przyjmuję na chłodno. No bo co to za wymoczek z nażelowaną grzywką? Znaczy OK, Shia LaBeouf przypomina bardzo naszego znajomego filmowca, bardzo miłego i mądrego chłopaka, "Kryształowa czaszka" ma kilka scen, tak uroczych i autoironicznych, że nie mogę jej nie lubić, ale TO NIE TO SAMO. Kto to widział, żeby lachon grający wcześniej anemiczną królową elfów ("czuję to w woooodzieeee") wcielał się nieprzekonująco w rolę rosyjskiej specjalistki od psychotroniki. Umarłam ze śmiechu.

Władca pierścieni i inni

A skoro już za sprawą Cate Blanchett, czyli Galadrieli, wywołujemy "Władcę Pierścieni" do tablicy. Lubię tę trylogię, słyszałam, że są tacy, co jej nienawidzą. Czemu? Nie wiem, wszelkie argumenty wydają się być nieracjonalne. Możemy dyskutować o cięciach na oryginale Tolkiena jakich dokonał Jackson. Możemy dyskutować, czy te sceny z baraszkującymi w łóżku Hobbitami mają jakikolwiek cel, ale żeby nienawidzić, bo tak? Bo to zmyślone i nieprawdziwe? Serio? No ale sama nie jestem pewna, czy po kilkunastu latach lubię tę trylogie tak samo jak kiedyś.

Władca pierścieni

Nie mniejszy kłopot mam z "Ojcem Chrzestnym". W mym domu rodzinnym darzony był takim malutkim kultem. Jest ważny, cenię, lubię, ale nie mam na ścianie plakatu (nie mam też na ścianie plakatu z filmu "Scarface"), a pięknego pudełeczka na półeczce. Mam za to ładne pudełko z trylogią Bourne`a, bo się dobrze oglądało - film i pudełko blaszane, takie z zaokrąglonymi rogami, fajne takie...

No ale do rzeczy. Jest jeszcze kilka innych trylogii które w swoim czasie zrobiły na mnie wrażenie - Trylogia Zemsty choćby. Oglądać zestaw filmowy serwowany przez Park Chan-wooka, to prawdziwie oczyszczające doznanie. Sceny z młotkiem! Och!  Nieważne. Niedawno wreszcie udało mi się też dopełnić spotkania z trylogią Inarritu oglądając "Babel". No i lubię. I mogłabym jeszcze kilka takich "trójek" przywołać, ale może zamiast wyczerpać temat i dobrnąć do tego momentu, w którym piszę, jak bardzo nienawidzę Braci (?) Wachowskich za to, co zrobili z "Matriksem", oddam głos Wam. Jakie trylogie lubicie najbardziej?

Matrix

Więcej o: