Czy Polacy nie lubią matek, czy "tylko" przedmiotowo traktują dzieci?

Znalazłam ciekawy tekst na blogu niejakiej Szproty. Autorka pisze o niechęci, pogardzie, czy wręcz nagonce na matki w naszym kraju. Cóż, w wielu kwestiach - zgoda. Jednak wydaje mi się, że znam przyczynę takiego stanu: w Polsce dziecko traktowane jest jak rzecz, więc czemu spodziewać się szacunku dla jego właścicielek czyli matek?

problem

 

Trzeba wielkiej odwagi, by być matką w Polsce, w kraju, gdzie kult Matki Polki miesza się wdzięcznie z przeświadczeniem o osobistej odpowiedzialności kobiety za kondycję całej rodziny, naskórkową mizoginią i korwinistyczną wzgardą dla słabszych. (...) Generalnie jednak ródź, bo wy, baby, do niczego innego się nie nadajecie, ale trzeba było użyć gumki, a nie teraz płakać i żądać półtorametrowego chodnika i kibla z przewijakiem.

Tak pisze Szprota na swoim blogu.

Ocena wydaje się słuszna - w powszechnym odbiorze dziecko to problem matki (o roli ojca społeczeństwo milczy), a każda prośba o wyrozumiałość, empatię, czy nie daj boże pomoc, traktowana jest jako niczym nieusprawiedliwiona postawa skrajnie roszczeniowa.

Nie zrozummy się źle. Moje dziecko TO JEST mój problem. To ja (przez "ja" rozumiem oboje rodziców, w końcu matka to niejedyny "sprawca" dziecka) muszę zadbać o jego wychowanie, dokonać milionów wyborów za nie i dla niego, nauczyć je zachowania w różnych sytuacjach (by nie było uciążliwe dla otoczenia na przykład), dbać o jego bezpieczeństwo, zdrowie i rozwój. Ciągle, nieustająco, każdego dnia. Muszę mu zapewniać byt na każdym poziomie: od emocjonalnego po ekonomiczny. To jest oczywista oczywistość, przynajmniej dla mnie. Wiem, że właśnie za to wszystko odpowiadam jako rodzic.

Jednak w dyskusjach okołomacierzyńskich dostrzegam powtarzającą się argumentację, która sprowadza się do tego "kogo na dziecko stać". I jak cię "stać" to możesz je "mieć". A jak cię nie stać, to nie marudź a już na pewno nie oczekuj przywilejów. Trzeba było pomyśleć zawczasu i użyć kondoma (Szprota przytacza wypowiedzi internautów dokładnie z tym "argumentem").

I OK, można przyjąć taki tok rozumowania. Jedno tylko mnie w nim niepokoi - to sprowadzanie dziecka do wymiaru li i jedynie akcesorium, rzeczy, przedmiotu. To jakby taka zabawka, albo zwierzątko, albo gadżet. Coś co się "ma", a nie ktoś kto "jest". I to w dodatku jest człowiekiem. Małym, bezbronnym, niesamodzielnym, ale człowiekiem. Irytującym, angażującym, wymagającym uwagi i opieki - w dalszym ciągu człowiekiem.

Zaprzeczając człowieczeństwu dziecka łatwo o brak empatii wobec matki.  W końcu czy bylibyśmy skłonni do większego współczucia wobec kogoś kto ma nowego iPhone'a? Nie sądzę. Ustąpić mu miejsce w tramwaju? Z jakiej racji? Chce ulg podatkowych? Gnój bezczelny! Tylko, że dziecko to nie iPhone. To człowiek. A opieka nad innym człowiekiem jest zajęciem godnym szacunku - w końcu podziwiamy wolontariuszy w hospicjach i szpitalach, prawda? Bo się opiekują, bo oddają swój czas, serce i dobre chęci innym. Ale matki? Te roszczeniowe darmozjady?

I nie, wcale nie chodzi mi o to, by nie dostrzegać fatalnych zjawisk w macierzyństwie. W przeciwieństwie do Szproty nie uważam za nagonkę wskazania istnienia "wózkar", czy zwrócenia uwagi na nadużywanie zwolnień lekarskich przez kobiety w ciąży. To są zjawiska niepokojące i nie warto udawać, że ich nie ma, w imię zachowania wyimaginowanej jedności feministycznego frontu.

Może jednak zacznijmy się przyzwyczajać do myśli, że nie ma dzieci - są ludzie. Wyświechtany cytat ze starego doktora okazuje się wciąż nieodrobioną lekcją.

Więcej o: