Straszne filmy nie są dla mnie - za bardzo się bojam

Znajomi kuszą: Chodź na "World War Z". Napijemy się, usiądziemy w trzecim rzędzie i będziemy się znakomicie bawić. To taki rytuał - chodzenie na wysokobudżetowe filmy dla odmóżdżenia, po małym piwku. Zazwyczaj przyjmuję propozycję, ale niestety, nie tym razem. W "World War Z" będą zombie, tak? "Ale te zombie to przecież będą strasznie śmieszne!", przekonują znajomi. Może i tak, ale ja i tak będę się bać. A strach to nie jest coś, co sprawia mi przyjemność.

World War Z

Bałam się, odkąd pamiętam. Zaczęło się chyba od "Thrillera” i Michaela Jacksona. Jako małe dziewczę podglądałam film "zza rogu”, zakrywając twarz rozcapierzonymi palcami. Znacie to? Boże, "Thriller” wydawał mi się czymś tak strasznym, że jeszcze wiele tygodni później nie mogłam spać. Owijałam się szczelnie kołdrą, tak, żeby nic mi na pewno spod niej nie wystawało i próbowałam myśleć o łące i motylkach. Niestety, zawsze wydawało mi się, że pod łóżkiem czai się Michael. Z zębami. Doszło do tego, że nie mogłam oglądać już żadnego teledysku króla popu, bo straszył mnie nawet bez charakteryzacji.

 

Thriller

Bałam się pochodu wilków w "Akademii Pana Kleksa”. Tak, tych śmiesznych, bardzo źle ucharakteryzowanych wilkołaków. Potem bałam się nawet muzyki, która temu marszowi w filmie towarzyszyła. Nigdy nie obejrzałam "Lśnienia” Kubricka, chociaż wszyscy mówią, że to świetny film. Przeczytałam za to książkę Stephena Kinga i myślałam że umrę, bo w czasie czytania bałam się tak strasznie, że wynosiłam na noc książkę z pokoju, żeby nic z niej nie wyszło. Jednocześnie nie mogłam przestać jej czytać. Jeśli chodzi o Kinga, to przeczytałam jeszcze "Smętarz dla zwierzaków” i, zgadnijcie... Też się bałam. Dla odmiany.

Sisters

Przepotwornie bałam się "Obcego”, ale obejrzałam. Bałam się "Coś”, "Mgły” i nawet "Ptaków” Hitchcocka. Odchorowałam "Milczenie owiec” i "Siedem”, po "28 tygodni później” i "Jestem legendą” nie mogłam przez kilka tygodni pójść do piwnicy. Oczywiście bałam się strasznie "Z Archiwum X” i "Krzyku”. Być może obejrzałam jeszcze kilka mało strasznych filmów, których bałam się przepotwornie, ale wyrzuciłam je z pamięci ze strachu. Odpuściłam sobie "Omen”, "Muchę” i "Egzorcystę”, które obejrzeli chyba wszyscy w odpowiednim czasie.

Kiedy na koloniach i obozach dzieci w nocy opowiadały sobie straszne historie o duchach, zatykałam uszy, albo chowałam się pod kołdrą. W życiu nie wzięłabym udziału w żadnym seansie spirytystycznym, bo umarłabym ze strachu, kiedy ktoś poruszyłby jakąś wskazówką. Nie wierzę w duchy, ale nie mam zamiaru niczego sprawdzać. Nie chcę się bać, więc tak mi wygodniej.

Milczenie Owiec

Ten stan się pogłębia. Dziś mam kłopot z serialem "The Killing” i jego mrocznym klimatem, mimo że nie ma tam żadnych zombie. Nie obejrzę "Hannibala”, nie zachęci mnie do tego nawet boski Mads Mikkelsen. Mrok, groza, zło, krew, przemoc nie kręcą mnie wcale. I krzywda wyrządzana dzieciom. Nawet nastrojowa, straszna muzyka wzbudza mój niepokój. W sumie dziwne, że nie boję się wampirów ze "Zmierzchu” i "Czystej krwi”, choć w tym drugim są jednak momenty, kiedy się wzdrygam. Nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć, że to wszystko nieprawda i charakteryzacja.

Straszne filmy odchorowuję i boję się być potem sama w domu (co, na szczęście, przy dwójce dzieci nie zdarza się zbyt często). Ale nie, nie jestem fanką komedii romantycznych (dla równowagi). Najbardziej lubię nudne filmy o życiu. I takie seriale. Czy ten strach przed lękiem się jakoś leczy? Bo jednak strasznie marzy mi się obejrzeć to "Lśnienie”. Ale wiem, z opowieści, że przy szalonym Jacku Nicholsonie i REDRUM, REDRUM to już na pewno umrę ze strachu. Albo przez miesiąc nie wyjdę z domu po 21.00.

The Shining

Więcej o: