Co ja czytam w wakacje? Książki bardziej na serio

Mam znajomych, którzy nie wyjadą na urlop bez solidnych kilkuset stron fantasy, tygodniki opinii od lat namawiają do czytania kryminałów pod chmurką, a mnie w podróżach najlepiej przyswaja się literaturę faktu.

Gdy zaczęłam w pamięci wracać do poprzednich lat, okazało się, że najczęściej w drodze towarzyszyły mi reportaże. W Turcji miałam przy sobie zgrabne, stare wydanie „Wojny futbolowej” Kapuścińskiego. Jedno zaczytanie w tej książce kosztowało mnie nawet poparzenia na nogach, bo ja, proszę sądu, nawet nie zauważyłam jak mi te one, te nogi, zaczęły wystawać z cienia. Jak one zaczęły się przypiekać w słoneczku tureckim. I potem weź wspinaj się na jakieś ruiny, łaź wzdłuż szosy i łap stopa, jak tam pod spodniami, już długimi, te pęcherze. Au. Boli na samo wspomnienie, ale blizn już prawie nie widać, wreszcie to działo się dobra dekadę temu.

Imperium

„Imperium” tego samego autora miałam w plecaku, kiedy jechaliśmy autokarem, na którego dachu ilość tobołów była prawie tak duża, jak wysokość samego pojazdu. Czytać się nie dało w czasie jazdy, bo droga z marokańskiego Tarudantu w stronę Warzazat była pełna wertepów, a ja jednak mam chorobę lokomocyjną, kiedy tak czytam i trzęsie. Za to po dotarciu na miejsce można było się pogrążyć w lekturze i mieć to przedziwne uczucie, że on tam o zimnie pisze, a ja tu topię się w październikowym ukropie.

Potem był jeszcze Mariusz Wilk ze swoją „Wołoką”. Kiedy myślę o tej książce, za oknem słyszę gwar Fezu, a przed oczami jednak mam własne wyobrażenie Biełmor Kanału i jeziora Oniego - miejsc, w których jeszcze nigdy nie byłam, ale Wilk  opisał je tak, że mogę próbować bawić się w takie fantazje.

Mariusz WilkMariusz Wilk

W Tunezji nie było już tak dysonansowo. W podróży ze wschodu na zachód i z pustynnych oaz południa w korkowe góry na północy, towarzyszył mi Michael Palin ze swoją „Saharą” pozwalając jednocześnie wierzyć, że  wiek nie jest pretekstem do tego, żeby sobie pewne rzeczy odpuszczać. Ostatnią stronę doczytywałam, gdy nasz samolot lądował już w Polsce i wtedy zrobiło mi się smutno, wreszcie spadł na mnie podwójny koniec i wyjazdu i lektury czym tu się cieszyć? Na szczęście po kilkunastu miesiącach znów byliśmy w drodze. I znów miałam ze sobą jakiś reportażyk.

Na zeszłoroczne wakacyjne eskapady po republikach nadbałtyckich zabrałam przykładowo „Zabójcę z miasta moreli” - wybór świetnych tekstów pióra Witolda Szabłowskiego.  Od historyjek lekkich i zabawnych po rzeczy ciężkie, spędzające mi sen z powiek, wszystko zaś o jednym konkretnym kraju - Turcji. I znów to samo - wciąż umiem odtworzyć wydarzenia dnia, po którym zasiadłam do lektury reportażu o samobójstwach honorowych. Wiem, która była godzina, gdy skończyłam czytać rozdział o żonach sprzedawanych na prostytutki (mówimy o współczesności, nie zamierzchłych czasach sprzed panowania Ataturka!) oraz co próbowałam robić, żeby jednak zasnąć gdy w pamięci powracały obrazy ciał nielegalnych emigrantów wyławianych przy wybrzeżu w okolicach Stambułu.

Możecie w tym momencie spytać, po cholerę zajmować się takimi książkami w czasie wolnym od pracy, po co psuć sobie wakacyjny nastrój? No nie wiem, jestem z tych co zauważą raczej obozowisko cyganów, kiedy inni patrzą na eleganckie pensjonaty po drugiej stronie drogi. Tak wyszło. Nie martwcie się jednak, „Zabójca z miasta moreli” nie epatuje przemocą, po prostu pokazuje, jak różne oblicza może mieć kraj, który większość z nas zna głównie z turystycznych gett i atrakcji, do których dowożeni jesteśmy autokarami.

Muzyka i atomy, wybuchowa mieszanka?Muzyka i atomy, wybuchowa mieszanka?

W tym roku jest nieco inaczej, bo na mojej liście lektur znalazły się dwie pozycje - „Dźwięki, szepty, zgrzyty” Agnieszki Lewandowskiej - Kąkol, oraz „Dziewczyny Atomowe” Denise Kierman. Ta pierwsza lektura to wywiady z polskimi kompozytorami urodzonymi w XX wieku. Tę książkę już zdążyłam przeczytać i powiem wam, że z jednej strony była to podróż ze świata bufonady do krainy normalności, z drugiej - szansa na  zobaczenie konkretnych ludzi za nazwiskami, które gdzieś podczas pracy przewijają mi się przed oczami. Same rozmowy często pozostawiają niedosyt. Przypominają bardziej materiały przygotowywane z myślą o czasopismach - siłą rzeczy ograniczone do krótszej formy, a ja po wywiadach książkowych oczekuję  większej rozpiętości tematycznej. Tu jednak rozumiem, że mimo wszystko idea publikacji wymuszała na pani Agnieszce dyscyplinę i skupianie się przede wszystkim na muzyce. Nie lękajcie się jednak, to nie jest pozycja dla muzykologicznych zboków (bez urazy, znam też normalnych, zdrowych muzykologów), śmiem twierdzić, że może być niezłą przygodą dla tych, którzy ze współczesnych polskich kompozytorów to może Lutosławskiego, a tak to przecież Penderecki, a po nim to nic, panie, nic się nie zdarzyło.

Otóż nie, otóż się dzieje. I choćby dlatego warto sprawdzić z kim porozmawiała dziennikarka Programu Drugiego Polskiego Radia. Jest Mykietyn komponujący muzykę dla teatrów i Lorenc, którego sposób myślenia o łączeniu dźwięków z obrazem mogą kojarzyć  ci, którzy śledzą polska kinematografię po 1980 roku. Ciekawe jest to, jak zmienia się postawa wobec świata i etos pracy, jak inaczej pewne rzeczy postrzegają ci urodzeni w pierwszej połowie XX wieku i ci, którzy na świat przyszli na przykład po roku 1970. Ale myślę, że fanów Focha zaciekawić może to że wśród bohaterów znalazło się kilka kobiet. Pań wyjątkowych. Od Bernadetty Matuszczak osiemdziesięcioletniej kompozytorki, z którą rozmowa otwiera książkę, przez Elżbietę Sikorę, która miała wpływ na kształtowanie się polskiej sceny elektroakustycznej - wiecie co ona wyprawiała z elektroniką w latach siedemdziesiątych? Wystarczy wyobrazić sobie, że była to era przedkomputerowa. Studio Eksperymentalne Polskiego Radia oferowało za to sporo innego elektronicznego sprzętu, dzięki któremu Sikora mogła na przykład rejestrować różne dźwięki, a następnie przetwarzać je na żywo, zapętlać, zniekształcać, ciąć, takie improwizacje mogą robić wrażenie do dzisiaj, bo też Sikora zawsze stawiała na wywoływanie emocji, a nie na zabawy dźwiękiem dla samej siebie.

Z młodszych kompozytorek jest Agata Zubel, rocznik 1978, abstrahując od osobistych sympatii i antypatii warto wiedzieć, że jest taka osoba, że pracuje z głosem, że lubi go zderzać z elektroniką i, co cenne, a czego w książce już nie ma: Agata w maju tego roku zajęła pierwsze miejsce w jednym z najważniejszych konkursów dla twórców muzyki współczesnej - Trybuny Kompozytorów UNESCO.

Jakoś tak wyszło, że w tym roku skupiam się na dziewczynach, bo i druga moja wakacyjna lektura- „Dziewczyny atomowe” jest właśnie o paniach. Co prawda przyznam, że nie bez obaw sięgałam po tę publikację licząc się z tym, że zamiast konkretów otrzymam podfabularyzowane bajeczki, ale temat sam w sobie był bardzo kuszący. Zawsze ciekawili mnie bowiem zwykli ludzie pojawiający się w szerszej panoramie tak zwanej „wielkiej historii”, a książka Denise Kiernan właśnie o tym ma być. Konkretnie zaś o paniach, które pracowały przy amerykańskim Projekcie Manhattan. Sekretne fabryki, rządowe tajemnice, wojskowe projekty - zalatuje to sensacją, ale nie będę oceniać książki po pierwszym rozdziale, przed sobą mam trzy tygodnie podróży (wreszcie!) i ponad 400 stron poświęconych życiu w niemal dosłownym cieniu konstruowanej gdzieś w górskiej dolinie bomby atomowej. Może być fajnie.

Więcej o: