Jeszcze jeden krok w chmurach. O mojej dziwnej słabości do samolotów

"Chyba muszę się napić zanim wejdę na pokład. Przepraszam, czy mogę siąść z dala od okienka, nie chcę na to patrzeć. O rany, kiedy to się skończy, ja chcę na ziemię!". Ależ proszę bardzo, pijcie, umykajcie i bójcie się, a ja w tym czasie zajmę się tym, co bardzo lubię robić, a rzadko mi się przydarza - lataniem.

Jednym humor poprawiają natychmiastowe zakupy, nie przeczę, czasem stówa wydana na płyty w Amazonie może zdziałać cuda, ale są takie miejsca, do których zbliżanie się momentalnie powoduje u mnie przypływ euforii. To lotniska. Już sama myśl, że Okęcie mam w zasięgu kilku przystanków autobusowych, że w zasadzie mogę wskoczyć na rower i być tuż obok w mniej niż godzinę, jest bardzo krzepiąca.

Lubie atmosferę panującą na lotniskach z zupełnie innego powodu niż Bartleby, bohater grany przez Bena Afflecka w "Dogmie". On lubił patrzeć na "ludzkość w swej najlepszej postaci", na radość mimo wszystko, ja tam w hali odlotów widuję często, hm, jakby to delikatnie ująć - ludzkość w czasie PMS. Wpychanie się w kolejkę przy odprawie tanich linii (Serio? To takie ważne czyja walizka pierwsza wjedzie na taśmę w wielkim korowodzie walizek?), sprzeczki, pretensje i wyrzuty ("Jak to zostawiłeś w domu? Pojebało cię, zawsze tak robisz, ZAWSZE, nienawidzę Cię!") i niekończące się punktowanie innych ("Pa, jaka gruba, torbę też ma grubą, haha, pewnie wywozi słoninę") oraz okazje do puszenia się ("PACZ JAK LECĘ NA DROGIE WAKACJE, PACZ JAKĄ MAM KLASĘ BIZNES, DZIWKO").

Nie, nie - za to lubię czasem wpadać na Okęcie, przepraszam, Port Lotniczy im. Fryderyka Chopina. Po prostu wchodząc do hali odlotów czuję już ten dreszcz ekscytacji, tę myśl, że to nasz mały portal do innego świata. Wystarczy mieć pieniądze i można w dwie godziny przenieść się do innej strefy klimatycznej, dorzucić jeszcze kilka godzin i trafić do miejsca, w którym nigdy wcześniej się nie było. Może lotnisko kojarzy mi się miło, bo nigdy nie musiałam spędzić dwunastu tygodni w trasie między nudnymi konferencjami, anonimowymi hotelami, podłymi knajpami i nieprzespanymi nocami wypełnionymi międzynarodowymi rozmowami telefonicznymi z dawno nie widzianą rodziną. Podróż to dla mnie przygoda, a przygoda to gwarancja tego, że nie spadnie mi nastrój podczas kręcenia się na karuzeli rutyny.

Czekam na samolotCzekam na samolot

Ale to tylko jeden powód, drugi jest taki, że obsesyjnie lubię patrzeć na samoloty. Nie, żebym nie mogła tego robić od siebie z balkonu. Od pierwszego porannego przylotu wielkiej beczki DHL-u, która często jeszcze przed piątą rano przywozi do nas paczki z różnych stron świata, po ostatnie nocne przyloty WizzAira na przykład. Embraery, Airbusy, Boeingi... Pamiętam dokładnie, jak widać  było różnicę w rozmiarze między zwykłym samolotem obserwowanym podczas lądowania, a Air Force One. Największego Antonova An-225 widziałam przelatującego nad Wrocławiem, a przed wakacjami wpakowałam się jak ostatnia ofiara w drzewo (brzoza, przypadek? Nie sądzę), bo jadąc na rowerze zagapiłam się na podchodzącego do lądowania Herculesa.

No i nowy pupilek, Dreamliner. On na serio lata. Poza tym jest zawsze ładne eksponowany, niczym klejnot w koronie LOT-u, więc jadąc po płycie lotniska zawsze można któregoś wypatrzeć.

Patrz jakie bydle i nawet lata.Patrz jakie bydlę i nawet lata.

Samoloty są ładne. Nie wszystkie, ale wiele z nich - jak najbardziej. Mnie zawsze interesowały te najdziwniejsze - jako mała dziewczynka ekscytowałam się Concordem, bo miał taki zabawny dziób, potem wszelkie dziwactwa pokroju Harrierów. Przyznam, że na wspomnienie An-225 z sześcioma silnikami mam ciary.

Pamiętam też swój pierwszy lot. Z Wrocławia do Warszawy, małym pasażerskim Tupolewem. Pasażerów było raptem kilku, głównie obcokrajowcy, pan z Niemiec siedzący za nami poczęstował mnie miętówką. Była mgła, króliki biegały wzdłuż pasa startowego. Uczucie przyspieszenia i oderwania się od ziemi było tak niesamowite, że niewiele jest w stanie je zastąpić. Pamiętam pierwsze rozczarowanie związane z przelotem Boeingiem. Jak to? Tak słabo czuć tego kopa? Prawie nie trzęsie? Phi Szkoda. Czy się boję? Bo ja wiem. Mam do transportu lotniczego możliwie największe zaufanie. Wierzę we wszystkie te statystyki, bla, bla, bla, wierzę w to, że to wszystko musi być zawsze sprawdzone, właśnie dlatego, że może być tak zabójcze. Wreszcie -  korzystam z transportu publicznego, a nie z jakiejś szemranej linii lotniczej przemycającej "pluszowe misie" z Laosu. Zresztą pierwsze wyjście awaryjnymi drzwiami i zjazd dmuchaną żółtą zjeżdżalnią zaliczyłam już podczas drugiego lotu. Rzeczy się po prostu zdarzają. Koniec końców zawsze pocieszają mnie słowa Tylera Durdena z "Fight clubu" - maski tlenowe są po to, żeby się naćpać tlenem i zamiast panikować, w euforii czekać na nieuchronną śmierć.

Ach, tu dodam, że lubię też patrzeć jak one spadają, te samoloty. Ale tylko w filmach. Wiem też, że taka deklaracja po 11 września i po 10 kwietnia, to trochę ryzykowna wypowiedź. Przez pierwsze dwadzieścia lat swojego życia przyswoiłam zdecydowaną większość filmów z listy "te o katastrofach lotniczych" na IMDB. Wszystkie "Porty lotnicze" i inne takie, czyli całe mnóstwo złej kinematografii, schematycznych scenariuszy, papierowych postaci, miałkich dramatów I SAMOLOTY.

Potem mi trochę przeszło, może z braku czasu, ale czasem jak mi źle i smutno w środku nocy odstawiam na chwilę robotę i zapaczam się na zdjęcia i filmiki planespotterów. Albo na tych milutkich chłopców z Bałtyckiej Akademii Lotnictwa, którzy pokazują, że te wszystkie przyciski i przełączniki w dużych samolotach jednak do czegoś służą... I jeszcze ten, ten jest śliczny - filmik z nocnego lądowania Boeinga 737- 800.

Na koniec chciałam dorzucić jakąś miłą piosenkę o lataniu, ale przychodzą mi do głowy akurat same głupie i złe, wszystko przez mojego małżonka, który przypomniał o największym towarze eksportowym mołdawskiej kultury ( numa numa jeeeeee!). Niech więc będzie B.O.B. o udawaniu, że niecne samoloty, to spadające gwiazdy.

Więcej o: