Literacki madras, czyli pyszne lektury o indyjskim smaku

Raita, samosy, masala, pakora. Jeśli te słowa nie są wam obce, to dobrze. Degustowanie potraw kuchni indyjskiej to doskonały sposób na odbycie podróży bez wydawania fortuny na bilety lotnicze i hotele. A co jeżeli nic wam to nie mówi i wolelibyście jednak bigos i pierogi? Cóż! To jeszcze lepsza wiadomość, bo nie zamierzam zmuszać nikogo do kulinarnych eksperymentów. Chcę natomiast polecić moje ulubione książki z krainy tysiąca przypraw.

Czemu chcąc mówić o literaturze zaczynam od żarcia? Hm. Bo dla mnie istnieją co najmniej trzy, doskonale uzupełniające się sposoby na odkrywanie dalekich (i bliskich też) regionów, a czasem - ze względów rodzinnych i finansowych - tymczasowo zastępujące wszelkie wyprawy. Jeden sposób - poprzez muzykę, drugi - przez jedzenie i trzeci - za pomocą lokalnej literatury.

Książek o Indiach, tych romantycznych, uduchowionych lektur pełnych prawd rodem z poradniczka życia Paulo Coelho, mamy na rynku sporo. Polecam jednak uzupełnić listy lektur indiocentrycznych o książki dwóch autorów. Pierwszy to Vikas Svarup i pewnie niektórzy nawet nie wiedzą, że już go trochę znają. Jak to możliwe? Ten pan napisał książkę, na podstawie której Danny Boyle nakręcił swojego "Slumdoga. Milionera z ulicy". Film jednym bardzo przypadł do gustu, a innych zirytował, nie można natomiast powiedzieć, że był nijaki. Kiedy więc w moje ręce wpadła książka "Sześcioro podejrzanych" wiedziałam jedno - chcę ją przeczytać, zanim ktoś to sfilmuje i zmieni w oscarowy przebój. Nie oczekujcie jednak, że to odcinanie kuponów od slumdogowej sławy. Vikas Svarup napisał po prostu bardzo zgrabny kryminał.

Zgrabna trójkaZgrabna trójka

Wszystko zostało zbudowane na fundamentach starych jak kości Agaty Christie. Wiecie - jest trup, są narzędzia zbrodni i jest szóstka ludzi, którzy mieli motyw, by zabić. Każdy reprezentuje inną profesję, inną kastę, inny świat. O każdym z nich Svarup ma coś ciekawego do napisania. To, co mi się spodobało, to jednak nie tylko sprawność z jaką rozsypuje puzzle, a potem je układa, ale i to, jak portretuje ludzi i siódmego podejrzanego - czyli sam kraj. Ale "Sześcioro podejrzanych" to ledwie wstęp do tego, co o morderstwach i Indiach ma do powiedzenia Aravind Adiga.

Adiga to mądrala, wiecie, w pierwszym życiu był dziennikarzem publikującym w Financial Times i The Wall Street Journal, a dopiero w drugiej kolejności stał się pisarzem. Przy jego debiutanckim "Białym Tygrysie" książki Svarupa stają się czytadełkami, wciąż dobrymi, ale o ile mniej wnikliwymi, jeśli chodzi o portretowanie indyjskiego rozwarstwienia społecznego. Nie lękajcie się jednak, Adiga ma sporo lekkości w pisaniu, jest zabójczo sarkastyczny, nie szaleje z formą, serwuje za to coś w rodzaju soli trzeźwiących wszystkim tym, którzy wciąż chcą widzieć Indie tak, jak malowano je w wielkich romansach i książkach o duchowej przemianie z korpokopciucha w pięknego łabędzia.

Adiga pozbawia złudzeń, a odmalowany w formie listu tytułowego Białego Tygrysa, "przedsiębiorczego" mieszkańca Bangalore do chińskiego premiera obraz, pokazuje nam panoramę znacznie wykraczającą poza portret współczesnych Indii. No i te uszczypliwe pointy, nie poradzę, lubię autorów, którzy potrafią wyciskać sok z ironii. Dlatego też w ciemno kupiłam "Między zabójstwami" tuż po tym, jak tylko książka ukazała się na polskim rynku. I nie zawiodłam się. Bardziej obszerna niż mały i zgrabny "Biały Tygrys", jest spojrzeniem w przeszłość Indii, w czas miedzy zabójstwem Indiry Ghandi w 1984, a jej syna i następcy na fotelu premiera, którego zabito na początku lat 90. Wielokulturowe, multietniczne i fikcyjne miasteczko Kittur, które Adiga wykreował tak, że w jego oczach stało się bardziej realne niż własna, rodzinna miejscowość, staje się doskonałym tłem dla snucia opowieści o indyjskich przemianach z lat osiemdziesiątych.

I znów jest gęsto, gorzko, ale bez przesady. Kto kiedykolwiek próbował potraw kuchni indyjskiej ten wie, że jedna, dwie, czy trzy przyprawy to za mało. Gdzie jest gorycz, tam też zaraz pojawia się słodycz, bywa ostro, a jednocześnie kremowo. No i Adiga pisze właśnie tak, żeby piekło, a jednocześnie na drugim planie mamy masalę nastrojów. Doprawdy nie wiem więc, czemu jeszcze nie mam jego trzeciej książki - wydanego dwa lata temu "Ostatniego mieszkańca". Cóż, jutro nadrobię tę zaległość, a Wam polecam zwłaszcza spotkanie z "Białym Tygrysem".

Więcej o: