Czy jesteś emocjonalnie związany ze swoją wodą mineralną?

Jakiś czas temu Aleksandra napisała o tym, że lubi oglądać reklamy i że chciałaby pracować dla Zaniewskiego i Przybory. Ja z kolei mam zupełnie inaczej, nie lubię ich oglądać. Znaczy nie panów, ale reklam. Ale nie o tym będzie tekst.

To naprawdę gorrrrrący burgerek...To naprawdę gorrrrrący burgerek...

 

Jak zapewne wiecie - firmy wydają rocznie ogromne pieniądze na reklamę, po to żeby sprzedać nam swoje produkty. Nie jest tajemnicą, że reklama bardzo skutecznie kształtuje i zmienia nasze postawy. W wielu reklamach handlowych mamy podejście emocjonalne. Przykładem może być woda mineralna, która zasadniczo smakuje tak samo, a marek wody mineralnej mamy mnóstwo. Co zrobić, żeby zostać zauważonym przez klientów? Trzeba ich jakoś zachęcić do wyboru konkretnej marki. Specjaliści od reklamy próbują skojarzyć daną markę z młodością, witalnością czy energią. Nie mówiąc już o seksualności, która często jest wykorzystywana w każdego typu reklamie - choćby i... ubojni drobiu. Serio.

Czarodziejski świat reklamy...Czarodziejski świat reklamy...

Więcej reklam, w których mocno irracjonalnie wykorzystuje się elementy seksualne, znajdziecie na stronie SzczucieCycem.pl. Polecam zapoznać się z tym fascynującym przeglądem.

Zadajmy sobie teraz pytanie, jakie znaczenie ma to wszystko dla nas? W przypadku wody to w sumie nie wiem. Dla mnie woda jest wodą i niczym innym. Tutaj przy zakupie sugeruje się ceną - ma być najniższa, ale wiecie, już w przypadku leków mam trochę inaczej.

Jeżeli cierpię na jakąś dolegliwość, to mam tu do czynienia z mocnym czynnikiem osobistym. Reklama danego lekarstwa będzie przyciągała ludzi, którzy tak jak ja cierpią na schorzenie, które ma wyleczyć SUPERLEK. Tak więc dla mnie reklama proszków przeciwbólowych jest teoretycznie ciekawa.

Co zrobić jednak w przypadku, gdy nasz produkt nie jest aż tak bardzo potrzebny ludziom, a sprzedaż ma działać? Przytoczę Wam tutaj przypadek Geralda Lamberta, który na początku XX wieku odziedziczył firmę produkującą środek, który jest wykorzystywany przy leczeniu infekcji gardła. Wiadomo, ludzie chorują na gardziołko, więc teoretycznie środek powinien się dobrze sprzedawać. I możliwe, że tak było, ale Pan Lambert postanowił sprytnie poszerzyć rynek zbytu. Wymyślił sobie, że będzie promować swój produkt jako środek do pielęgnacji jamy ustnej. Wszystko spoko, tylko w tamtych latach, nikt nie używał takich specyfików i nawet nie wiedziano, że coś takiego istnieje.

Co zatem zrobił nasz mały geniusz marketingu? Wymyślił chorobę! Nazwał ją Halitozą. Jeżeli spotkaliście się kiedykolwiek z tym schorzeniem, to zapewniam, że nie jest ono w żadnym wypadku zatwierdzone przez Amerykańskie Towarzystwo Medyczne. To czysty wymysł na potrzeby sprzedaży. I całkiem zmyślny. Gdy ludzie usłyszeli, że istnieje taka choroba, to pognali na złamanie karku do apteki po ten cudowny specyfik. W tym przypadku sukces produktu Pana Geralda został osiągnięty poprzez odwołanie się do strachu i poczucia wstydu. To co wymyślił nasz mały mózg nadal jest wykorzystywane przez speców od reklamy aby tworzyć nowe rynki zbytu. Co jednak najciekawsze, dziś wpisując w google nazwę tej choroby, otrzymacie pokaźną liczbę wyników i informacje o studiach nad tym schorzeniem. I to się nazywa skuteczny marketing! Przerazić może jednak to, że nie mamy pojęcia, co dziś wymyślają specjaliści od reklamy...

Jak widać, takie kampanie reklamowe działają i to bardzo dobrze. Przekonują ludzi, że ich problem ma duże znaczenie osobiste, a ten jeden konkretny produkt może go rozwiązać. Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt reklamy. Niektórzy twórcy doprowadzili do tego, że reklama wywołuje pozytywne uczucia, ale nijak nie wiąże się z produktem, który ma reklamować. Taka sytuacja.

Na koniec powiem Wam, że nie zamierzam podawać żadnych przykładów polskich reklam. Ani tych dobrych, ani tych złych. To jest zadanie dla Was!  Ciekawa jestem, czy jesteście w stanie wyłapać reklamy, które nie wiadomo co przedstawiają. W końcu to Wy jesteście odbiorcami i do Was są one kierowane. Jesteście w różnych grupach docelowych, ale coś czuję, że nie zawsze rozumiecie o co chodzi w przekazie, nawet jeżeli jest on do Was skierowany.

P.S. O panu Lambercie możecie poczytać sobie tutaj - a historia o wymyślonej chorobie została przytoczona na podstawie mojego ulubionego pana Aronsona

Więcej o: