Kiedy mężczyzna chce odejść, czyli historia, która mnie nieco zaskoczyła

Krąży sobie po sieci taka opowieść,  mniejsza - prawdziwa, czy nie - wystarczy, że dała mi do myślenia. Pozwolę ją sobie na użytek poniższego tekstu skrócić i uprościć, nie obierając przy tym - mam nadzieję - z głównej myśli. Chcecie, to szukajcie oryginału.

Wszystkich, którzy w tej chwili pomyśleli, że zamierzam rozwodzić się nad łańcuszkiem: "poznałem kogoś, postanowiłem odejść, żona poprosiła mnie, żebym ją nosił, potem umarła, przytul bliską osobę" pragnę poinformować, że się właśnie ciężko obraziłam, dziękuję.

Kochanie...Kochanie...

Otóż mężczyzna ma kryzys wieku średniego. I przez "wiek średni" nie rozumiem lat 29, wy szczeniaki, lecz WIEK ŚREDNI, wieloletni staż małżeński, dzieci nieco odchowane i paląca potrzeba zmiany w życiu. Co zatem robi? Idzie do wspomnianej wieloletniej żony i mówi:

- Kochanie, jest taka sprawa, że musimy się rozstać.

- Ale co, ale dlaczego, ale nie kochasz mnie już? Bla, bla.

- Bla bla, zmęczony, bla dosyć, bla bla, dokąd zmierzam, bla zmiana, bla nie rozumiemy się już, bla przestrzeni, bla.

- Bla bla proszę, bla bla rozmowa, bla bla wytłumacz, bla bla tyle lat, bla dzieci, bla kim ona jest bla bla.

Rozmowa, jak zwykle tego typu konwersacje, nigdzie nie doprowadziła. Ona wpadła w zrozpaczony stupor, on twardo deklarował chęć wyprowadzki i nowego życia na własne konto. Bo tak. Jej nie pozostało nic innego jak się pozbierać, co też uczyniła i przedstawiła kontrpropozycję. Która polegała z grubsza na tym: ona nie kupuje tego smętnego pieprzenia. Niech on się nie wyprowadza. Niech robi co chce, ale niech nie robi dymu. Dzieci, pies, sąsiedzi, znajomi, rodzice, po co wszystko rozwalać z hukiem. Chce odejść? Trudno, świetnie. Za pół roku wrócą do tematu.

Przez te pół roku ma wolną rękę, w cywilizowanych ramach, co oznacza, że sprowadzanie wydrowatych osiemnastoletnich stażystek do wspólnego łoża będzie niemile widziane, natomiast dyskretne życie po swojemu nie napotka przeszkód. Niech ma swoją przestrzeń, swój czas na przemyślenia i swój dystans, warunkiem jest wspólny adres i trzymanie fasonu, cóż, wszystko ma swoją cenę. Jeżeli za pół roku podtrzyma chęć zniknięcia z jej życia - ona mu nie tylko nie będzie stawać na drodze, lecz ułatwi i pójdzie na rękę.

Muszę ci coś powiedziećMuszę ci coś powiedzieć

On się oczywiście - słusznie - nadął, wkurzył, sfochał, a finalnie -  zgodził. Układ został obustronnie zaakceptowany i wprowadzony w życie. On pracował, lecz zaraz po pracy nie gnał bynajmniej do domu. W ogóle nie gnał. Wracał kiedy chciał i nie spowiadał się z tego, co robił, gdy go nie było. Wychodził sam, wyjeżdżał sam, nie wiem, kupił sobie vespę i poszedł na kurs paralotniarstwa. Lecz dotrzymał swojej części umowy - mieszkał w domu, zajmował się dziećmi i oficjalnie nie wymiksował się z rodziny. Ona zachowała stoicki spokój. Wytłumaczyła potomstwu, że tata ma ciężki moment w życiu i zajęła się swoimi sprawami. Traktowała go normalnie, bez cienia wyrzutów, pretensji, pytań, czy chłodu, była dokładnie tą osobą, co przedtem.

Po jakimś czasie on wrócił do domu zaraz po pracy, wyciągnął kosiarkę i  - nie, nie zaatakował nią żony - wystrzygł trawnik. Wówczas ona odetchnęła i przybiła piątkę ze swoim cieniem - mężczyzna nie kosi trawnika domu, z którego chce odejść. Został, istotnie, w Święto Dziękczynienia rzekł, iż jest wdzięczny za swoją rodzinę (ot, figlarz).

I teraz tak - co myślimy o żonie? Przyznam, że moja pierwsza myśl plasowała się w okolicy: "A to cierpliwa frajerka, ja bym spakowała mu walizki i zrzuciła je z okna wprost do dołu z wapnem". Druga myśl wspominała coś o spakowaniu walizek, acz już nie o frajerstwie i wapnie. Trzecia  - nieśmiało poszła w rejony: "No tak, można to zrozumieć. Pewnie jej zależało."

Może to jest swego rodzaju mądrość i ciche bohaterstwo. Może da się w ciągu kwadransa szoku i złości wytłumaczyć własnej głowie co jest ważne i o co w życiu chodzi. W tym wypadku - ważna była rodzina, nie bójmy się tego słowa - pozory, ale także spokój dzieci i psa, wspólna hipoteka i wszystko, co się razem zbudowało przez ostatnie paręnaście - parędziesiąt lat.

Możesz zatrzymać ciałoMożesz zatrzymać ciało

Czy chodzi o lenistwo? Boże drogi, mam to w rzyci, tak strasznie mi się nie chce rozwalać i budować od nowa, szarpać się, kombinować, użerać z dotąd wspólnymi finansami i całą wspólną resztą, do menopauzy dokładać poczucia klęski i w ogóle daj mi święty spokój.

Czy chodzi o mądrość i "ja wiem lepiej"? Coś ci odbiło, kochanie, ja to przeczekam, zatnę zęby, choć mam ochotę włożyć ci rękę do młynka na odpadki i tak skończyć zagadnienie. Jesteś moją inwestycją, nie mam ochoty jej stracić, jesteś idiotą i nie wiesz, czego chcesz, na szczęście ja mam rozumu i spokoju za nas dwoje, przetrwam, przetrwamy.

A może chodzi o miłość?

W idealnym świecieW idealnym świecie

Więcej o: