Polityka, grzeszki, skandale - między newsroomem, a domkiem z kart

Will McAvoy jest męski, przystojny, kawał chłopa z niego i świetnie nosi ciuchy. Wszystkie ciuchy, od smokingu, do rozchełstanej koszuli z podwiniętymi rękawami. Frank Underwood jest niewysoki, lekko pękaty (na szczęście w piwnicy ma wiosła), ubiera się nienagannie, lecz nudno, chodzi o to, żeby nie wyróżniać się nadmiernie z tłumu wtedy, kiedy jest to niepożądane.

Jeff Daniels jako Will McAvoyJeff Daniels jako Will McAvoy

Will ma zasady. Nawet wtedy, kiedy popala, czy zażywa, kiedy kłamie i unika, kiedy manipuluje i zdradza.

Frank również ma zasady. Trzyma je w piwnicy dużo głębszej niż ta, w której trzyma wiosła. Dla pewności - na łańcuchu.

Will darzy wieloletnim - całkowicie dla mnie niezrozumiałym - uczuciem histeryczną, rzucającą się jak ryba na haczyku, epatującą pseudo wrażliwością pseudo nastolatki, nieprzekonująco profesjonalną i piskliwą McKenzie.

Frankowi wiernie (a jeżeli niewiernie, to dyskretnie) towarzyszy żona - cudowna Claire, pełna klasy, dystansu, mądra jak sam diabeł, starannie skrywająca swoje smutki, inteligentnie milcząca i w obłędnych kieckach.

Will robi dziennikarstwo. Frank robi politykę.

Po pierwszym odcinku "Newsroom" wpadłam w zachwyt. To lubię, tak lubię. Gęsto, szybko, intensywnie, inteligentnie, wymagająco wobec widza. I och, oni się tak kochają. I to dziennikarstwo takie... takie niezwykłe. I prawdziwe. Jak prawo w "Orłach Temidy", nie? Haha. No i Sorkin to robi, a jak Sorkin coś podaje, to ja łykam bez dalszych negocjacji.

Po pierwszym odcinku "House of Cards" wpadłam w stupor. Owszem, wiele sobie obiecywałam. W końcu: Fincher! Spacey! Robin Wright! Starsza siostra Mara! Joel Schumacher! Spodziewałam się wiele, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Zatkało mnie, przyznam. Tak też lubię. Ostro, mocno, brutalnie, z wyjątkowo silnym złudzeniem autentyczności. Tak, żeby zostawiało bez tchu, z palącą niecierpliwością na ciąg dalszy. Brudna polityka, brudna miłość - choć dyskusyjne, czy można tu mówić o miłości, czyste kołnierzyki i paznokcie, chore ambicje i trupy po drodze do celu. Mistrzowska obsada, która wyłazi ze skóry, żeby sobie ukraść sceny, każde z nich na swój dobry sposób. No i te panny Mara to fascynujące zjawisko.

Miałam, przyznam, pretensje do "House of Cards". Za to, że na chwilę obrzydził mi inne seriale, w tym "Newsroom" właśnie. Jakoś mi śmierdziały płycizną, nieszczerością i miasteczkiem zbudowanym w studio. Głupio mi teraz. Neofici są najgorsi, wiadomo.

Nawet nie chodzi o to, że tych dwóch produkcji nie można ze sobą porównywać. Bo można, dlaczego nie? Że polityka i dziennikarstwo to nie to samo? Błagam, usmarkałam się ze śmiechu. Wiem, wiem, a Kościół i polityka to dwie różne rzeczy. Podobnie jak religia i manipulacja, miłość i seks, oraz pieniądze i władza.

Pokorne cielę dwie matki ssie, aby nie pozbawiać się przyjemności wzięłam na smycz nierozważne uczucia. Teraz jestem pokorna i ćmoktam na równi. I mam z tego mnóstwo przyjemności.

Uwielbiam nieco wyidealizowany świat "Newsroomu", gdzie prawda i prawość MIMO WSZYSTKO kroczą ramię w ramię, a niektórzy dziennikarze wciąż są ideowcami. Gdzie młode pokolenie w osobie między innymi seksownie niedobrego Dona Związkofoba i neurotycznie młodzieńczej Maggie, ambitnej owieczki - zdobywa szlify i szczyty, nie bez potu, krwi i łez. Gdzie Bóg William kładzie nogi na biurku i jest taki cudownie omylny, ułomny i ze skazą. Gdzie nie tracę nadziei, że podstarzała (ona jest chyba w moim wieku!!!) histeryczka wpadnie pod autobus i resztę serialu spędzi na wyciągu, a Will spiknie się intelektualnie i cieleśnie z cudowną Olivią Munn, ona mi wygląda na taką, co wie, kiedy zamknąć usta, a kiedy właśnie ochoczo je otworzyć. Daję sobą manipulować i mam obowiązkową gulę w gardle dokładnie wtedy, kiedy przewidział to producent. Naprawdę, musiałam przetrzeć oko, kiedy Jeff Daniels powiedział: "But I'll make you this promise: I'm going to be with you all night. I'm not going anywhere. I'll be right here.”

Oliva Munn jako Sloan SabbithOliva Munn jako Sloan Sabbith

Rozumiem tych, których drażni "House of Cards". Drażnić tam może mnóstwo, choćby niespodziewane monologi Underwooda, skierowane wprost do widza. Maniera Claire. Maniera Zoe. Maniera Finchera (ok, nie rozumiem, jak maniera Finchera może drażnić, ale się staram). Rozumiem, co i jak bardzo może tam męczyć. Chodzi o to, że ja lubię czuć się głupsza i nieco sponiewierana. Lubię, kiedy się ode mnie wymaga i gna mnie bezlitośnie przez kolejne zasieki fabuły. To nie "Downton Abbey", tu się pracuje. To nie bajka o seksownych motocyklistach ze zgrabnymi tyłkami i brudnymi włosami. Są tacy, co twierdzą, że obraz polityki tu prezentowany jest bardzo zbliżony do prawdy... No i lubię wszystkie kiecki Claire Underwood.

Nie wiem, na jak długo twórcom starczy pary. Były momenty, kiedy przestawałam wierzyć  w ten serial. Ale nie przestałam. A kościelna mowa Franka Underwooda była najpiękniejszym występem w tej kategorii, od czasów Nicholsona w "Czarownicach z Eastwick". Czy polecam? Nie wiem. Jak pisałam - sądzę, że to ważny serial dla branży w ogóle. Dajcie więcej, wtedy ocenię. DAJCIE JUŻ.

Kevin Spacey jako Frank UnderwoodKevin Spacey jako Frank Underwood

Więcej o: