Podobno pieniądze cuchną, dlaczego zatem tak chętnie zaglądamy innym do portfela?

Nie znoszę jak ktoś rozlicza mnie z moich pieniędzy i nadmiernie interesuje moimi wydatkami. Skąd u ludzi taki pęd do oceniania wyborów innych? Wara od mojego portfela.

Z zamiarem napisania tego tekstu nosiłam się już wcześniej, ale moc poczułam, gdy pod moją opowieścią o diecie z dowozem pojawił się komentarz „O matko, tyle kasy na jedzenie?!”. Dezaprobata bije w oczy, do tego zjadliwe teksty typu „pewnie nie kupujesz butów w CCC”. Owszem, nie kupuję, choć mogłabym. Nie jem też przecenionych jogurtów i taniego mięsa - a mogłabym. Nie kupuję w lumpeksach - a przecież też bym mogła. Tylko po jaką cholerę? Generalnie mam swoje fanaberie (czy jak to tam ktoś chce nazywać) i nie bardzo rozumiem, dlaczego ludzie uzurpują sobie prawo do oceniania moich wydatków. Nie lepiej się zająć czymś pożytecznym?

Tak, połowa moich pieniędzy wydanych na jedzenie idzie do kosza - mój problem, prawda? Okazuje się, że niekoniecznie. Co więcej, wychodzi też na to, że muszę ściemniać, bo nikt by takiej kasy na jedzenie nie wydał. Zabawne podejście, doprawdy. Ale trzeba rozliczyć, wypomnieć, sprawdzić. „Bo na pewno łże. A skąd tyle ma? A na co jeszcze wydaje? Suka jedna, no”. Może i suka, bo warczę. A warczę głośno - spierniczajcie od cudzych portfeli. Wara. Sio.

Ostatnio zdarzyło mi się spotkać z jedną taką znajomą, rozmowa zeszła zwyczajowo na plany urlopowe. Zgodnie z prawdą zeznałam, że lecę na przedłużony weekend do Rzymu. Pytanie „ile zapłaciłaś” nie wydało mi się zadane w złej wierze, zwłaszcza w dobie tanich linii - wiadomo, odpytujemy się ze znajomymi co i rusz, gdzie jest jakaś fajna promocja. Odpowiedziałam i dowiedziałam się, że:

- niektórym to się powodzi

- niektórzy to się nie muszą martwić o utrzymanie

- ona by za taką kasę nie pojechała na cztery dni, za takie pieniądze to już porządny urlop można mieć (800 zł - serio???)

Generalnie opcja wydawania kasy na takie straszliwe zbytki jak podróże spotyka się z ogólną dezaprobatą. Że tyle to kosztuje, a po co, a dlaczego, a przecież nie trzeba tam, bo przecież można do Sopotu i w ogóle fajnie będzie, misie ptysie, wiatraczki kolorowe i disco polo nawet zagra do kotleta. Idźcie mi w cholerę z tym Sopotem, ja chcę w świat. Ale po co? Ale dlaczego? A jakim cudem cię stać? Skąd ty bierzesz kasę? Nie szkoda ci?

Są rzeczy, na które po prostu nie moge pożałować...Są rzeczy, na które po prostu nie mogę pożałować...

Ostatnie pytanie, to chyba klucz do tego zachowania. Otóż nie, nie szkoda mi. Tak, jak nie szkoda na lepsze buty, na droższą i fajniejszą bluzkę, na taksówkę zamiast komunikacji miejskiej. Płacę z przyjemnością za cały swój komfort. Nie rozumiem też pytania „Skąd ty na to wszystko bierzesz?”. Bo choćbym i płukała wodę ze studzienek ściekowych, w celu odłowienia garnca złotych monet - to jest, do diaska, moja sprawa! I gdybym tylko mogła, to chciałabym móc zapłacić za komfort braku rozmów na temat tego ile i na co wydaję. Jednak szanse mizerne, bo to pytanie lata mi wokół głowy non stop i w każdej możliwej kategorii. „Ojej, taksówką znowu przyjechałaś, nie szkoda ci kasy, przecież tylko pięć przesiadek i w sekundę jesteś u mnie”.

Uwielbiam też fantastyczne pytanie: „A po co ci to w ogóle?”. Zwłaszcza, gdy pada jak kupię coś tak wyrafinowanego jak obuwie, odzież, kosmetyk. "Ale dlaczego taki drogi fluid? Przecież są tańsze i dobre". Najchętniej odpowiedziałabym wtedy, że mam pysk jak jaszczur i tylko pod drogim tego nie widać, a jak wiadomo - od droższego kremu znika łuska na ciele.

O różnych gadżetach nie ma co wspominać, ale cieszę się niezmiernie, że wyrzutnię rakiet na USB dostałam na urodziny, bo jakbym kupiła ją sobie sama, to byłby niewątpliwie żal jak stąd do Otwocka. Na szczęście to pytanie rzadko pada przy książkach i dobrze, bo od walenia kogoś w łeb strasznie niszczy się okładka.

Moja dobra znajoma jest z kolei wiecznie dręczona przez swoje koleżanki w związku z wydatkami na ubranka dla dziecka. Oczywiście, że to jest coś, co najszybciej wychodzi z użycia. Być może rozsądek podpowiada tu czynienie pewnych oszczędności, nie każdy jednak chce. Asia nie chce i kupuje dla malucha bajeranckie i zakręcone ubranka w internecie. Okazuje się, że to istna zgroza. Chyba byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie ubierała dziecka, bo „TAKIE CIUCHY dla roczniaka???”. Uważam, że to cud boski, iż jeszcze nie została wybatożona.

Jakoś nie wierzę, że takie zachowanie wynika z troski o moją finansową przyszłość, za dużo jadu w tych komentarzach. I ja się pytam - skąd się to bierze? Czy to z zawiści że ktoś może i tak właśnie wybiera? Czy z totalnego niezrozumienia dla mojego CHCĘ TO/CHCĘ TAM? Ja wiem, że wszyscy mają kredyty, pożyczki, problemy, że ich na coś nie stać. Czy jednak jest to powód, żeby uważać, iż jeżeli ktoś radośnie wydaje pieniądze i być może ma ich więcej niż inni, to jest cwaniakiem, krętaczem, a może i puszczalską hrabianką? I czy koniecznie trzeba przeprowadzać śledztwo?

Jeszcze w czasach, gdy byłam pilotem wycieczek i notorycznie wrzucałam do sieci zdjęcia z różnych przeuroczych miejsc, chodziły słuchy, że stać mnie na te wszystkie wyjazdy, bo mam bogatego sponsora. I tak się w sumie dziś zastanawiam - a nawet gdyby? Moja sprawa!

Czy naprawdę żeby mieć przyzwoitą opinię trzeba jadać w barze mlecznym, jeździć starym passacikiem, chodzić w barchanach i udawać głodnego studenta? Wiem, że dziś najbardziej wypada narzekać na to, że drogo, że źle, że fatalnie płacą i że na nic nie stać. Może zacznę udawać?

Zaglądanie ludziom do łóżek i portfeli jest zwyczajnie nieeleganckie i nie sądziłam przez długie lata, że kogokolwiek trzeba tego jeszcze uczyć. A tu okazuje się, że im dalej w las...

Więcej o: