Nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką - historia pewnego zdjęcia

Dziewczynką być przestałam - grzeczniejsza się nie zrobiłam... Ale nie o tym będzie ten tekst. Pod wpływem wspominkowego wpisu Miss Olgu przypomniałam sobie o własnych wyskokach. I odgrzebałam w archiwum pewne zdjęcie.

foch.plŁyso ci?

Zdjęcie właściwie w dużym stopniu mówi samo za siebie: byłam zbuntowaną młodzieżą. Owszem, było to dawno temu - pod koniec szkoły podstawowej. Słuchałam wtedy dużo punk rocka i walczyłam z systemem. Głównie szkolnym z braku innych możliwości - co przejawiało się, jakże oryginalnie, chodzeniem na wagary, pyskowaniem nauczycielom oraz udawaniem, że wcale nie jestem inteligentną, oczytaną panienką z dobrego polskiego domu tylko uciśnioną klasą pracującą z Wysp Brytyjskich dajmy na to. I lubiłam piosenki o jasnym, prostym przesłaniu - takim, by mój słaby angielski podołał.

Pewnego pięknego dnia uznałam że noszenie poszarpanych dżinsów, bluzy z kapturem, skórzanej kurtki i plecaka kostki z pracowicie namalowanymi przy pomocy farb akrylowych nazwami zespołów Sex Pistols, Dead Kennedys oraz The Exploited to za mało. I że muszę zradykalizować swój image. Poszłam więc do fryzjera (mówiłam? panieneczka z dobrego domu...) i grzecznymi słowy poprosiłam o wykonanie fryzury widocznej na zdjęciu. Panie fryzjerki mimo początkowego szoku i prób wyperswadowania ("takie śliczne włosy, taka śliczna dziewczyna") spełniły moje życzenie, a ja dumna i szczęśliwa ruszyłam ulicami siejąc zgrozę wśród przechodniów.

Od tej pory w swojej dzielnicy wzbudzałam sporą sensację. Dzieci na mój widok krzyczały "Mamo, mamo! Idzie ta dziewczynka z łysymi włosami!" - cóż był początek lat 90. i ludność nie nawykła jeszcze do takich ekstremów widywanych w świetle dnia, między warzywniakiem a piekarnią. Kiedy dwa lata później (w innym mieście co prawda) miałam już pełnoprawnego irokeza, to nie budził on większych emocji. Zresztą: krótko go miałam i był strasznie krzywy bo koleżanka wycięła mi go tępą maszynką w szatni przed lekcjami.

Wszystkie jednak te reakcje, okrzyki, śmiechy, pogróżki, okazjonalne ciosy z liścia od skinheadów, były niczym w zestawieniu z tym, jak mą pół-łysą fryzurę przyjęły koleżanki mojej mamy. Weszłam do domu ze świeżym fryzem i zamaszystym gestem dokonałam prezentacji łysej czaszki przed mamą i jej psiapsiółkami, które miały właśnie babskie spotkanie. Do dziś mam w uszach ten wizg wciąganego powietrza i tę ciszę, która zapadła później... Na rzecz mojej rodzicielki muszę zeznać, że zachowała kamienny spokój, nie zabiła mnie, nie uziemiła w domu do osiemnastki i generalnie zniosła z godnością ten przejaw młodzieńczego buntu. Chyba ją to trochę śmieszyło, choć podczas wspólnych wyjść albo wyjazdów na wakacje prosiła abym zasłaniała jednak włosami swoją punkową półgłówkowatość...

Ciekawa jestem, czy uda mi się zachować podobnie zimną krew, kiedy moje córeczki zaczną serio rozrabiać... A kiedy patrzę na to zdjęcie, to uśmiecham się mimo woli. Wraca tyle wspomnień: dobrych i fajnych, i tych z cyklu "ależ byłam głupia" i "to cud, że żyję". Myślę ciepło o dawnych przyjaciołach - hej, z niektórymi mam bliski i serdeczny kontakt do dziś! Myślę o mieście, w którym już nie mieszkam, o miejscach i klimatach. O koncertach na które chodziłam. O piosenkach, których słuchałam. Och tak, można być sentymentalną gęsią także w klimacie punk...

Więcej o: