Atomowy dziennik podróżny, czyli o wyprawie do reaktora

W rocznicę katastrofy jądrowej w Czarnobylu zapraszam na wycieczkę do innej "zony" - nieczynnej elektrowni atomowej w Szczołkino. Taka turystyka alternatywna.

Reaktor

Takie historie zazwyczaj zaczynają się podobnie. Jest grupka osób: naiwna dziewczyna, dwóch chwackich wesołków, pięcioosobowa rodzina, milkliwy facet, który postanawia zostać w samochodzie i przewodnik. Musi być też odpowiednia lokalizacja, jakiś wielki, opustoszały budynek z przeszłością. Ot, choćby taki postsowiecki atomowy moloch. Obowiązkowo na początku padają jeszcze słowa "niech nikt się nie oddziela od grupy". Potem ekipa wchodzi przez wielkie żelazne drzwi w mrok i rozpoczyna się horror.

Żelazne drzwi zamykają się z hukiem. Stoimy w dziewięć osób w przedsionku. Choć całość przypomina gigantyczny, betonowy sarkofag, nie panuje tu grobowa cisza, wręcz przeciwnie - zgrzyty, stuki, łomoty. A gdy mrok rozświetla snop iskier, za zwojem niechlujnie rzuconego drutu widać czarnego psa. No dobra, ale to nie jest film grozy w stylu "Czarnobyla", choć historia upadku elektrowni atomowej, do której wnętrza weszłam dzisiaj ściśle związana jest z tym słynniejszym ukraińskim atomowym bratem z północy. Pies jest uwiązany na łańcuchu. Nikomu z nas nie stała się krzywda, choć silnych emocji i przejść grożących upadkiem z wysokości nie brakowało. Jestem w Szczołkinie. Miejscowa elektrownia powstała na malowniczym półwyspie Kazantip u wybrzeży Morza Azowskiego. Wraz z nią na krymskiej równinie wyrosło całe betonowe miasto. Oczywiście kloc, w którego sercu miały zachodzić dające energię procesy góruje nad wszystkim i przyciąga uwagę podróżnych kłując w oczy już z oddali. Wszystko w zasadzie było już gotowe, już wagonami wieziono "te atomy", już pracownicy zasiedlali bloki, gdy nadszedł 26 kwietnia 1986, godzina 1:24. I wszystkie plany związane z odpaleniem Szczołkina zostały przekreślone. Ale Szczołkino dostało drugie życie, wraz z rozwojem turystyki alternatywnej... i muzyki techno.

Turystyka alternatywna to może słowo na wyrost, chociaż z drugiej strony...

Reaktor

Do elektrowni przyjeżdżamy w ciemno, niezależnie jak blisko uda się dotrzeć, już sam widok kompleksu wywołuje ciarki. Na wjeździe wita nas czerwona gwiazda na wysokim, smukłym cokole. Mijamy pozostałości bocznicy kolejowej. Przez zakurzone okna w części biurowej widać oberwane karnisze i powywalane szczątki mebli. Dalej są hale. Wszędzie pagórki, za którymi wyzierać może zarówno sterta złomu, jak i głęboka na wiele metrów betonowa piwnica. Z samochodu wysiadamy na poranny skwar od najbardziej nasłonecznionej strony. Staramy się okrążyć wyludniony, jak nam się wydawało, budynek reaktora, gdy nagle z oddali ktoś krzyczy do nas po ukraińsku. Mamy uciekać, przejścia nie ma, niebezpieczeństwo! Po chwili facet ubrany jedynie w krótkie spodenki i rybacki kapelusik zmienia ton. Robi się miły, za 50 hrywien od głowy proponuje zwiedzanie budowli. Pada hasło "serce reaktora"- to klucz do mojego serca. Idziemy. My- z babcią i dwójką dzieci, jeszcze trójka Rosjan. Wiktor, nasz kierowca zostaje w aucie.

W środku jest ciemno i gorąco, betonowe schody, po których pniemy się w górę obsypane są gruzem. Co jakiś czas wyrasta przed nami poskręcany pręt, albo drogę zagradza zwisająca zardzewiała drabina. Wątłe światło latarki naszego przewodnika skacze po dziurach i szczelinach. Starsze dziecko idzie za rękę. Młodsze dziecko wyłącznie na rękach. Po kilku piętrach wchodzimy do pomieszczenia, do którego światło wpada przez okrągłe otwory różnej wielkości. Potem po rozchybotanym blaszanym pudle włazimy na sklecony z oheblowanych desek pomost. I już. To tu, w pomieszczeniu przypominającym rzymski panteon, miało bić atomowe serce reaktora. Dobra, dajmy spokój z tym patosem. Wszystko się sypie. Dół po środku walcowatego pomieszczenia straszy tych, którym w głowach brawurowe popisy. Czuję się tu jak dziecko w sklepie z cukierkami, jak pies w mięsnym, jak kot w worze kocimiętki. Piękne to wszystko jest, tą brzydotą, rozpadem, tą monumentalnością. Smutne i straszne też. W głowie, owszem przewija się na szybkim, wyimaginowanym podglądzie milion strasznie przygnębiających filmów w klimatach post apokaliptycznych, slasherów i esefów.

Reaktor

Kiedy ja kręcę się z głową uniesioną ku niebu i podziwiam mieszaninę betonu i żelaza, nasi współtowarzysze robią sobie słitfocie: "a teraz pokaż jaki jesteś bohaterski! a teraz wesoły! a teraz pokaż jak tego nie lubisz!". Idziemy dalej. Kolejne sale, mniejsze, kolejne powłoki, otwory, szczeliny i przepaście. Szesnaście pięter, tyle naliczył tu nasz przewodnik, tyle też podobno przeszliśmy, tracąc rachubę na wysokości wielkiej rozpadliny, przez którą trzeba było przerzucać niemal najmłodszego turystę, by wyjść na dach reaktora. Widok zapiera dech. Jest jezioro i widać też źródło hałasów. Olbrzymi młot udarowy rozłupuje po kawałku sąsiednie hale. Szczołkino umiera po raz drugi. Znikają budynki, suwnice, Pomieszczenia patroszone są z rur. Stoimy i nie widzimy też śladu po festiwalu, jaki skończył się dwa dni przed naszą wizytą. Kazantip- tak jak półwysep, to coroczna impreza techno z własną filozofią, autonomicznym rządem i długą listą didżejów, którzy na kilku scenach w "scenografii za milion dolarów" zmieniali się jeden po drugim tak, by dniem i nocą trwała zabawa.

Reaktor

Nie ma obiecywanych skoków na bungee z reaktora, są tylko napisy sprayem, datowane na połowę sierpnia 2013. Po godzinnym przemarszu przez kolejne poziomy labiryntu, nasz przewodnik sprowadza nas na ziemię. Ostrzega jeszcze, by nie iść przy murze, bo z góry złomiarze zrzucają cięte pręty. Oddalamy się. Z dystansu widać lepiej to nieznośne podobieństwo... Cholera, budynek reaktora w Szczołkino wygląda trochę jak pewna warszawska świątynia. Ciiiiiiii. Nie mówcie tego nikomu! Ale jeśli lubicie zwiedzać pustostany, pakujcie plecaki i wpadajcie do Szczołkina, póki nie rozparcelowali go doszczętnie.


QUIZ: Co wiesz o Ukrainie?

Z którym państwem NIE graniczy Ukraina?
Sprawdź! Rozwiąż QUIZ
Więcej o: