Gdzie mój kamerdyner? Kobieta w podróży - o zachciankach i kaprysach

Podróżować jest bosko, wszyscy wiemy. Na pewno kiedyś dojrzeję do tego, żeby zalec na olinkluziw plaży i tylko spijać kolejne drinaski, smażąc sobie równo to i owo. Tymczasem mam w głowie nieco inną wersję wyjazdów.

Wróciłam. Syta (choć nie do końca) i zmęczona (choć z wypoczętą głową).

BarcelonaBarcelona

Nie mam ci ja, oj nie mam, tak ważnej i potrzebnej umiejętności odpoczywania. Szkoda mi każdej chwili, każdej fasady, każdego witraża. Zamiast więc popaść w szezląg z książką - czytam na autostradach, łapię oddech na schodach i nie dosypiam, żeby zerwać się o świcie i gdzieś biec, coś zobaczyć. W końcu mam wolne. Jestem na wakacjach. Nic nie muszę. Wyśpię się w trumnie. Nawet, jeżeli potworny upał andaluzyjskiego sierpnia każe przeczekać parę krytycznych godzin w klimatyzacji - nie zasnę, nie poleżę. Zrobię mnóstwo innych rzeczy, choć szczęśliwie z tej listy już prawie wyeliminowałam kwestie zawodowe. Ostatecznie zawsze zostaje wrzucenie paru zdjęć i odebranie miłej fali ciepłych życzeń, ekspresem przesyłanej z kraju: "nienawidzę cię", "pewnie upał a tu miły chłodek, haha", "żeby was tam komary zeżarły", "Ramblas skończyło się na kill'em all", itp, itd - uwielbiam to, a Wy?.

ToledoToledo

Tak przywykłam, tak chcę, tak lubię najbardziej. Czasem mi żal, że ledwo wpadłam, ledwo obwąchałam miasto, ledwie zaczynam poznawać uliczkę po kocie na rogu, albo sklepie z winem w połowie, a już mus zostawić, jechać dalej, czeka następne, może jeszcze ładniejsze, ciekawsze. Czasem tęsknię za jakimś miejscem przez dekadę. Ale tak naprawdę przeszkadza mi tylko jedno. Jedna, jedyna rzecz, jeden aspekt do zmiany.

EcijaEcija

Przyjmę pokornie etykietkę rozkapryszonej księżniczki, bo sama w sobie budzę niesmak. Ale nic nie poradzę - ilekroć szarpię się z nielekką walizką (wszystkie sukienki się przydadzą, wszystkie!), ilekroć ta walizka przemyślnie zatrzaskuje wieko na moich palcach (nie mam tyle szczęścia, co Rincewind, mój Bagaż to prawowita córka kingowskiej Christine i ławicy piranii), ilekroć wyciągam zmięte łaszki i próbuję im przywrócić jaki - taki wygląd (babciny sposób: na wieszak i spryskać wodą, większość zagnieceń zniknie wraz z wyschnięciem), myśląc jednocześnie, że jutro trzeba wszystko zapakować od nowa, ilekroć grzebię we wnętrznościach wspomnianego walizkowego potwora (jak to, do nędzy, możliwe, przecież wczoraj wszystko równiutko i zgodnie z systemem poukładałam, dlaczego dziś nie mogę nic znaleźć???), ilekroć bezskutecznie próbuję osiągnąć ergonomiczne rozstawienie kosmetyków w obcej łazience (a później ergonomicznie ułożyć je w kosmetyczce, na okoliczność następnej łazienki, w której miejsca na rozstawianie nie będzie), ilekroć - no, sami widzicie.

Sewilla - z kolekcji facepalmówSewilla - z kolekcji facepalmów

Chciałabym zatem pudeł na kapelusze. Albo choć walizki tylko na buciki. Sukienek na wieszakach, w pokrowcach. Osobnego kuferka na bieliznę, osobnego na kosmetyki. Jestem zbyt leniwa i zbyt nieporządna, żeby robić, jak moja Mama - przed włożeniem do walizki prasuje, składa w kosteczkę, na miejscu wyciąga i prasuje ponownie. Ale gdyby załatwiła to jakaś bystra i zdolna Anna Smith, po mężu Bates? Gdyby rzeczony Bates zajął się taszczeniem Walizki Christine, nie, przepraszam, Bates kuleje, zatem niech zamówi tragarza. Niech jakaś dobra, porządnie opłacana, wierna i znająca mnie dusza to wszystko ogarnie, żebym mogła tylko pójść i patrzeć do syta. Potem wrócić i zastać świeżą koszulę nocną starannie rozłożoną na łóżku, obok zachęcająco odwiniętej kołdry. I kieliszek wina. I żebym rano mogła wyjść, z miłą świadomością, że ktoś ten cały bajzel spakuje, umieści w pociągu (ok, może być vintage bentley), a w kolejnym miejscu rozpocznie procedurę od nowa. Ja zaś tylko wsiądę i dam się powieźć. A potem zajmę się przyjemnościami. Wyłącznie.

Czy Bates mógłby...?Czy Bates mógłby...?

Serio, spędziłam młodość w wojskowych namiotach, kontentując się latrynami, dobrze jeszcze, że dziewczynki nie musiały ich kopać. Toporne buciory, rzeczy popakowane w reklamówki, przed upchnięciem do plecaka i żelazna zasada, że wszystko, co biorę - ma się w tym plecaku mieścić, w rękach nic nie nosimy (kto wie, co może spotkać nastoletnią harcerkę, może tygrys, może kolega z klasy, należy mieć kończyny wolne, żeby bez przeszkód posłużyć się tępą finką). Jadałam z okopconych menażek, przytrzymywanych tzw. "dziwką" i doprawdy, nie chciałam od życia nic więcej, no, może żeby ON podał mi rękę przy przełażeniu przez zwalone drzewo, a przynajmniej - żeby nie miał miny, jakby chciał mnie zepchnąć w dolinkę i przysypać ciało liśćmi. Im bardziej spartańsko, tym lepiej się bawiłam, przewrotnie dumna z tego, że wyglądam jak pomiot dżungli i pokrzywy, a jem z blachy rzeczy odpowiednie dla prosięcia. Skąd zatem te marzenia o komforcie, lokaju i pokojówce? Głupie, nadęte i co najważniejsze - nie do realizacji (było się uczyć, albo dobrze zarabiać inaczej)? Nie wiem. Pewnie oglądam za dużo seriali. Albo się starzeję. Bates, wina poproszę.

Więcej o: