Oda do samotnej matki - gatunek latawicy czy superwoman?

Jako dorastająca dziewczynka miałam okazję obserwować pewną Samotną Matkę mieszkającą w naszym miasteczku. Zwróciłam na nią uwagę, bo wyraźnie wzbudzała niechęć pań w sklepie. Przede wszystkim była uśmiechnięta, była ?zrobiona?, była energiczna, była miła i zawsze w pół-biegu. Miała dwójkę małych dzieci i rozwiodła się z mężem, bo ją bił - co według omawiających sprawę pań było wielkomiejską fanaberią.

Samotna Matka

Samotna Matka mieszkała w małym, niewykończonym domu, który zaczęli budować z mężem zaraz po ślubie, ale on przepijał pensję, więc nie udało im się skończyć inwestycji. Jak zdobyłam takie informacje chodząc ledwo do trzeciej klasy podstawówki? Wystarczyło zostać w sklepie chwilę po wyjściu Samotnej Matki i posłuchać plotkar.

Ćwierć wieku temu rozwódki trafiały się dość rzadko w małych miasteczkach, więc moja wyobraźnia natychmiast została rozbudzona. Z jednej strony widziałam kolorową, sympatyczną kobietę, która wszędzie zabierała ze sobą wyraźnie szczęśliwe i zadbane dzieci, z drugiej słyszałam, że to bezbożna latawica, która porzuciła biednego męża i pewnie się „spoufala” z panem Heniem, bo przecież jej dom tynkuje, a niby z czego ona mu płaci, jak taka wypindrzona lata i wszystko na szmaty przepuszcza. Co się działo jak Samotna Matka zrobiła kurs masażu - możecie się same domyślić. Nie dość, że nie były to czasy powszechnej, dodatkowej pracy po 16.00, to jeszcze „przecież wiadomo kogo ona tam masuje, co nie?” - cytując słowa porządnych kobiet ze sklepiku.

Oczywiście jak tylko Samotna Matka została w moich oczach latawicą, zaczęłam ją obserwować dwa razy czujniej. Na szczęście pojawiły się inne źródła informacji, w postaci podsłuchanej rozmowy mojej osobistej mamy oraz jednej z ciotek, które to podziwiały jakie cuda Samotna Matka potrafi uszyć, wystarczy jej wzór pokazać w zagranicznej gazecie, a ona po pracy, nocami uszyje. Dzielna jest ogólnie i pracowita, do obcych ludzi pojedzie i masaż rehabilitacyjny zrobi, żeby dom dzieciom wykończyć, bo póki co na betonie mieszkają. Ale gdzie mają mieszkać po tym, co przeszła, przecież cztery razy w szpitalu pobita leżała, po ostatnim cudem z zagrożenia kalectwem wyszła...

Przyznaję, że z ulgą pożegnałam wizję lubieżnej zdziry, na rzecz zapracowanej i doświadczonej przez życie Samotnej Matki, którą zdążyłam polubić. Jednak została mi trauma po tym, że możesz mieć w życiu ciężko i bardzo się starać, a inne kobiety zrobią z ciebie szmatę bez żadnego powodu, z nudów chyba?

Czasy się zmieniły, rozwód spowszedniał, w rezultacie dziś obserwacja zmagań samotnych matek nie wymaga już przesiadywania w lokalnym sklepie. Sama znam przynajmniej kilka. Lubię. Dopinguję. A czasem patrzę z niedowierzaniem. Taka na przykład, nazwijmy ją, Marta. Martę poznałam w pracy. Piękna rozwódka, o nieco ostrej urodzie, zrobiona zawsze „na wysoki połysk”, poważna, profesjonalna. Przez resztę zespołu nazywana „lodową suką”, co nawet mąż jej się przestraszył i uciekł. Przyznaję, że sama się jej trochę bałam, trochę może zazdrościłam.

Po raz drugi spotkałyśmy się niedawno, dopiero tym razem poznałam Martę pozazawodowo. Okazało się, że jest samotną matką. Od 8 lat wychowuje dwie córeczki, z których młodsza jest niepełnosprawna. Kilka miesięcy po jej przyjściu na świat, partner Marty odszedł twierdząc, że to dla niego za ciężkie życie. I tak Marta wstaje o 4.30, zajmuje się domem, od 6.00 do 8.00 rehabilituje młodszą córkę, potem pracuje zarabiając na życie, opiekunki (państwo zapewnia opiekę tylko na kilka godzin dziennie), turnusy rehabilitacyjne, robi zakupy, wraca do domu gdzie znowu zajmuje się dziećmi, ok. 22.00 przysypia z dziewczynami, żeby wstać godzinę później, zrobić pranie, posprzątać, przygotować się do następnego dnia. Zasypia ok. 2.00, nastawiając budzik na 4.30. W weekendy Marta nie odsypia, bo po pierwsze nie ma wolnego od rehabilitacji, a po drugie nawet jeśli młodszą z córek uda się zawieźć do babci, to ze starszą organizuje sobie aktywnie czas. Żeby dziecko nie czuło się zaniedbane.

Kiedy pomyślę, że miałabym żyć tak jak Marta, dostaję gęsiej skórki ze strachu. I jednocześnie nie mogę oprzeć się podejrzeniu, że samotne matki to kobiety z lepszej materii. Twardsze, silniejsze. Mają podwójnie ciężej niż matki w związkach, a jednak nie odpuszczają, dbają o jakość życia, trzymają fason. Czy ja bym tak potrafiła? No nie wiem. Obym nie musiała próbować.

P.S. Od razu wyjaśniam dwie rzeczy. Jedna - nie gloryfikuję samotnych matek, domyślam się, że jak z resztą społeczeństwa, bywają różne, ja spotkałam te „dobre”. Druga sprawa - nie piszę o samotnych ojcach, nie dlatego, że ignoruję. Po prostu żadnego nie znam.

Więcej o: