Dziecko jako finansowa inwestycja? Dziwny pomysł (polemika z Anią Gidyńską)

Tekst naszej czytelniczki i koleżanki Ani Gidyńskiej porusza ciekawą kwestię, którą poruszać warto: dzieci kosztują. To jest fakt i warto go uświadamiać na wypadek gdyby ktoś myślał, że po narodzinach potomka manna zaczyna spadać z nieba. Dzieci kosztują dużo i jest to inwestycja bezzwrotna. Natomiast traktowanie dzieci w kategoriach "opłacalności" wydaje mi się grubym nieporozumieniem.

Dzieci się nie opłacają. W ogóle. Kosztują dużo i jest to inwestycja bezzwrotna, bo mit o naszych emeryturach, na które te dzieci rzekomo będą łożyć i tak dalej, to można sobie nie tylko między bajki włożyć. Jak wyliczyła to Ania oraz jak podaje Centrum im. Adama Smitha, które od lat zajmuje się badaniem tego obszaru, utrzymanie i wychowanie jednego dziecka w okresie od jego narodzin do osiągnięcia 20. roku życia kosztuje około 176 tys. zł. Przy dwójce dzieci koszty wzrastają do 317 tys. zł. Jeśli natomiast do sumy tej dodamy koszty utrzymania i kształcenia na poziomie wyższym, to wynik należałoby zwiększyć, o co najmniej 55 tys. zł na każde dziecko.

Te pół miliona, które wydam na moje dzieci przez 20 lat to koszt jednego średniej wielkości mieszkania w Warszawie.

Są to kwoty nieprzyjemne - przy dwójce, którą pragnę przecież wykształcić na poziomie wyższym (by nie powiedzieć jak najwyższym) wychodzi 427 tys zł. Średnio to będzie więc ponad 21 tys. zł rocznie (oczywiście wysokość tych kosztów jest zmienna w zależności od wieku i rosnących potrzeb dziecka, więc takie uśrednianie nie do końca ma sens, ale pozwala mniej więcej zwizualizować sobie o jakich pieniądzach w ogóle mówimy), czyli około 2 tys. zł miesięcznie. Jest to niewątpliwie sporo pieniędzy (choć realistycznie patrząc ta uśredniona kwota nie oddaje prawdziwych kosztów. Dwa tysiące miesięcznie to kosztuje niania dla malucha). Mając dziecko czy dzieci nierzadko trzeba ciąć koszty na innych polach, żeby wystarczyło na pieluchy, nowe buty na zimę i inne niezbędne duperele typu podręczniki za siedem stówek. Warto o tym wiedzieć decydując się na dzieci, żeby się potem nie dziwić jak pewien pan Grześ. Warto o tym myśleć i szukać finansowego zabezpieczenia.

A to są TYLKO koszty finansowe, pieniądz zaś rzecz nabyta - da się zarobić. Te pół miliona, które wydam na moje dzieci przez 20 lat to raptem koszt jednego średniej wielkości mieszkania w Warszawie, wystarczy jakieś odziedziczyć - luzik. Natomiast koszty psychiczne i zdrowotne jakie ponosi się z tytułu posiadani dzieci to już głębszy dołek. Od depresji poporodowej przez utratę psychicznego komfortu po deformację ciała i wynikające z niej gorsze samopoczucie - te koszty trudniej zmierzyć i policzyć, ale są i też warto o nich mówić.

foch.plIrytują i kosztują/ fot. Sony Xperia Z

Dzieci kosztują: pieniądze, nerwy, zdrowie, utratę jakiejś części siebie. Rodzicielstwo to proces trudny i bolesny, za który w dodatku nikt nam nie podziękuje i nikt nas nie będzie cenił. Dzieci się nie opłacają - z której strony by na to nie patrzeć.

Jeśli ktoś jest na tyle świadomy siebie, by wiedzieć, że nie chce mieć dzieci - na pewno pozwala to uniknąć wielu cierpień i nieporozumień.

Bo też patrzenie na dzieci w kategoriach opłacalności jest absurdem. Pisałam już kiedyś o tym jak takie spojrzenie prowadzi do przedmiotowego traktowania dziecka. "Wartości" dziecka nie mierzy się w pieniądzach ani w centymetrach, ani w kilogramach. Jest niewymierna. Dziecko to człowiek a relacja jaką z nim budujemy, miłość jakiej dzięki niemu doświadczamy jest po prostu bezcenna.

Rozumiem, że można nie chcieć jej doświadczyć - nie wszyscy muszą chcieć. Różni ludzi mają różne potrzeby i potrzeba doświadczenia rodzicielstwa wcale nie musi być jedną z nich. Nie uważam tego z objaw egoizmu, niedojrzałości, czy jakiejś niechęci do dzieci jako takich - ot, po prostu odmienny zestaw potrzeb, upodobań, pragnień. Fajnie jeśli ktoś jest na tyle świadomy siebie, by wiedzieć, że nie chce mieć dzieci - na pewno pozwala to uniknąć wielu cierpień i nieporozumień. Można nie chcieć mieć dzieci, ale argument finansowy "bo to tyle kosztuje" wydaje mi się tu zupełnie chybiony.

Dzieci choć kosztują niewspółmiernie dużo, do tego są irytujące, brudne, pyskate, uparte i zupełnie inne niż się człowiek spodziewał, to i tak dają nam więcej niż my im.

OK, Ania pisze, że nie chciałaby rezygnować ze standardu swojego życia na rzecz dziecka a i dziecku należałoby zapewnić to i owo. Z doświadczenia wiem, że dziecku najbardziej potrzebna jest miłość i wsparcie rodziców - ale to takie tam pitolenie. Wiadomo, że samą miłością nie nakarmisz i nie odziejesz. Oczywiście nie trzeba ulegać sztucznie wykreowanym "potrzebom" i kupować wszystkich dupereli polecanych przez pisma parentingowe - większość z nich jest całkowicie zbędna (zarówno dupereli jak i tych pism). Tytułem dygresji i anegdotki: moja znajoma, doświadczona matka trójki dzieci, ze śmiechem opowiadała mi kiedyś jak to na etapie swojego pierwszego niemowlaka wykupiła pół internetu i dwa wagony gadżetów NIEZBĘDNYCH dla bobasa. Prz drugim dziecku większość rozdała koleżankom (koleżanki oszczędziły parę złotych zupełnie zbędnych wydatków!), bo uznała że właściwie może się bez nich spokojnie obejść, zaś przy trzecim doszła do wniosku, że wszystko czego potrzebuje do zaspokojenia większości potrzeb swojego dziecka to jej własna pierś i pieluszka tetrowa.

Jaki z tego morał? Nie chcę morału. Chcę tylko powiedzieć, że dzieci choć kosztują niewspółmiernie dużo, do tego są irytujące, brudne, pyskate, uparte i zupełnie inne niż się człowiek spodziewał, to i tak dają nam więcej niż my im. Życie to nie matematyka, ani ekonomia - bilans zysków i strat liczy się inaczej. A te ciepłe łapeczki, ta radość, ten śmiech, to szczęście - tego po prostu nie da się policzyć.

Piszę to jednym okiem spoglądając na moje rozkosznie śpiące córeczki (wreszcie padły cholery), popijając wino i kupując sobie prześliczne buty w internecie bo akurat na butach (swoich) nie lubię oszczędzać. Najwyżej małe potworzyce będą sobie musiały zarobić na studia - to umocni ich charakter. Bój się, świecie.

Więcej o: