Krótki poradnik podróżnika: jak pokazać klasę i wyróżnić się z tłumu?

Być może wynika to z jakichś kompleksów, ale na urlopie trzeba wszystkim pokazywać, jacy to z nas światowcy. Na szczęście często dysponuje się publicznością. Jak zatem spędza się urlop w towarzystwie polskich turystów i jak się zachować, aby wpisać się w ogólny trend? Oto kilka cennych rad.

Przez kilka ładnych lat pracy w turystyce nauczyłam się już, że Polak nie jest najlepszym towarem eksportowym. Nie będę owijać w bawełnę - duża grupa polskich podróżników raczej nie przynosi nam chluby. Składa się na to szereg różnych zachowań, które są naprawdę średnio akceptowalne. W pracy zmuszona byłam znosić te niedogodności z podniesionym czołem, rozwiązywać problemy i tak sterować grupą, aby nie czyniła ona większych szkód lub nie przysparzała zbyt wielu kłopotów. Jednak po ostatnim weekendzie i sprowokowanych przez moje obserwacje rozmowach ze znajomymi mam już pewność, że następne podróże będę planowała trochę rozważniej i na pewno będą one dalsze niż przypuszczałam. Bo nie po to leci się na cztery dni na urlop, żeby zgrzytać zębami.

Od razu też zastrzegam - może ja mam po prostu takiego pecha, może przesadzam, może innym to nie przeszkadza, a może tego nie widzą - nie wiem. Może po prostu jestem wredna i lubię się czepiać. Nawet jeżeli, to tak samo zwracam uwagę na irytujące zachowania turystów innych narodowości. I naprawdę uparcie będę twierdzić, że zdarzają się one o wiele rzadziej.

"This is airpoooooooooort!"

LOTNISKO

Najważniejszym jest, aby się nie spóźnić. W związku z tym należy dojechać jakieś trzy godziny przed odlotem i gorączkowo co 10 minut dopytywać się każdego napotkanego pracownika, czy nasza odprawa już się zaczęła. Gdy uda się zlokalizować stanowisko - należy przed nim stanąć, po minucie zmęczyć się staniem i usiąść na podłodze, dla kolorytu można wyjąć kanapkę z kiełbasą. Jeżeli sytuacja na to pozwoli, podczas odprawy bagażu nawrzeszczeć na panią z linii lotniczej za to, że osobiście nie wytłumaczyła wam, że należy dokonać odprawy elektronicznej. Dla dodania atrakcyjności można machać rachunkiem za bilet, który wydrukowaliśmy jako alternatywę dla karty pokładowej. W wersji "lot do Polski" dodajmy koniecznie element oburzenia, że obsługa nie mówi po polsku. Wrzeszczmy zatem głośniej - wiadomo, że działa to jak osobisty tłumacz.

Jeżeli nie chcemy narażać się na stres i czytamy regulaminy - mamy ważną kartę pokładową. Skoro dopięliśmy swego, nie koncentrujmy się nadmiernie na przepisach dotyczących bagażu. Dużo fajniej jest kłócić się przez kwadrans o dopuszczalną wagę bagażu nadawanego ("Jak my byli na Bali, to można było mieć 30 kilo!"), można też oskarżyć lotnisko o posiadanie niesprawnych wag. Gdy już wszyscy w kolejce mają nas serdecznie dosyć, a poinformowany dyskretnie przez obsługę strażnik graniczny nawilża dla nas gumową rękawiczkę, zapłaćmy za nadbagaż i oddalmy się krokiem godnym, przy okazji oceniając głośno prowadzenie się matki pani za kontuarem. W końcu czeka nas odprawa bezpieczeństwa, a tak naprawdę fun jest dopiero tam.

Do bagażu podręcznego wkładamy co najmniej trzy rzeczy niedozwolone. Może być piesek.Do bagażu podręcznego wkładamy co najmniej trzy rzeczy niedozwolone. Może być piesek.

Ponieważ kolejka do odprawy bezpieczeństwa jest długa, a od strażnika z rękawiczką dzieli nas cały system taśm ograniczających, czas przejść na tryb VIP. VIP w kolejce nie stoi, poza tym skończyły się już kanapki. Odczepmy zatem parę taśm lub zabawmy się w airport limbo i przemknijmy pod nimi, machając do nieistniejącego kumpla w kolejce. Dla przyjemności lepszego zbratania się z plebsem udawajmy niepiśmiennych i zlekceważmy dobre rady wypisane (i narysowane) na tablicach. Później przez 10 minut protestujmy przeciwko zdjęciu butów, wyjęciu czegokolwiek z bagażu oraz poinformujmy koniecznie, że nie ma opcji pozbycia się butelki z wodą, bo kosztowała nas pięć złotych i czujemy się z nią emocjonalnie związani. W wersji "lot do kraju" używajmy wysublimowanych określeń "faszyści", "naziści", "specnaz", "hitlerowcy", oskarżajmy koniecznie o niechęć do Polaków (hmmmmmm).

Gdy już otrząśniemy się po przygodzie z rękawiczką, udajmy się szybkim krokiem do sklepu lotniskowego, gdzie dla spokoju ducha i ukojenia nerwów należy kupić butelkę wódki. Ponieważ jest spora szansa, że wykreuje ona nadbagaż - wypijmy ją przed lotem. Doda to nam animuszu do ustawienia się na uprzywilejowanej pozycji w kolejce do lotniskowej bramki. Używać należy łokci i wulgarnego słownictwa oraz mówić, że ma się "klasem biznesowom". Dodatkowe punkty w tej grze zarabiamy za stratowanie matki z dzieckiem. Dla uzyskania większej prywatnej przestrzeni można dyszeć, sapać i chuchać alkoholowym oddechem w twarz naszym rywalom.

Jeżeli nie dopiło się wódeczki czy winka, nie należy chować butelki do torby podręcznej! Wiadomo - nadbagaż. Butelkę (lub trzy - rekordzista) należy wsadzić sobie w majtki. Co sprytniejsi potrafią upchnąć tam też kanapki. Po przejściu do autobusu koniecznie trzeba ustawić się w samych drzwiach, blokując dostęp innym. Jeżeli współpasażerowie bez szacunku zepchną nas do wnętrza, wychodząc uczyńmy taran z walizki i wypchnijmy wszystkich tych, którzy stoją nam na drodze. Tu znowu bonus za dobre wystrzelenie trzylatka na odległość. Jeżeli ktoś wypycha nas - dajmy w pysk. VIP nie daje się bezkarnie obrażać. W wersji dla nieśmiałych - można niechcący kopnąć w łydkę lub stanąć na stopie.

Po wyjściu z autobusu na płytę lotniska, ruszmy jak w Wielkiej Pardubickiej. Kto ostatni na schodach - przegrywa.

Czasem można okazać łaskę...Czasem można okazać łaskę...

SAMOLOT

Koniecznie, powtarzam KONIECZNIE, zajmujemy miejsce z przodu samolotu. Dzięki temu możemy na co najmniej 5 minut zablokować kolejkę pasażerów próbując wybrać prestiżowe miejsce dla swojego bagażu podręcznego. Ewentualnie galopem ruszmy do (dodatkowo płatnych) miejsc z większą przestrzenią na nogi. Wrzeszczmy na stewardesę tak długo, aż pozwoli nam tam usiąść.

W ramach rozrywek samolotowych najmodniejsza jest gra w "czy widziałeś te zdjęcia ze Smoleńska?". Druga to picie na czas - wiadomo, latanie to stres, trzeba go skutecznie utopić. Logicznym jest, że nie wydajemy kasy na bzdury - pijmy zatem wyłącznie alkohol prosto z majtek.

Ostentacyjnie włączamy WSZYSTKIE urządzenia elektroniczne.

Do toalety wstajemy wyłącznie wtedy, gdy obsługa jedzie przez korytarz wózkiem. W wersji hardcore - nie wstajemy w ogóle. Siedzenia są ze skaju.

Gdy tylko samolot dotknie kołami ziemi, rozepnijmy pasy, wstańmy i ruszmy na poszukiwanie bagażu. Zadzwońmy do mamy, taty, wujka Henia i cioci Halinki informując, że "się nie rozjebaliśmy". Mówimy to głośno, zagłusza nas przecież silnik samolotu. Wychodząc nie zapomnijmy (wersja męska) klepnąć w tyłek stewardesy.

Gdy szczęśliwie dotrzemy do taśmy bagażowej, postawmy całą rodzinę w równym rządku, blokując dostęp innym. Jeżeli przewidująco wzięliśmy czarną walizkę, podnosimy każdą w tym kolorze, a po stwierdzeniu, że to nie nasza - koniecznie mocno rzućmy nią o podłogę lub zrzućmy na drugą stronę taśmy.

HOTEL

W recepcji hotelowej stosujemy patriotyczną zasadę mówienia wyłącznie po polsku. Zgodnie z podaną wcześniej regułą - im głośniej mówimy, tym lepiej recepcjonista nas zrozumie. Upierajmy się, że PLN jest walutą międzynarodową. Odmówmy pozostawienia dokumentów w recepcji - zawsze jest szansa, że nam je ukradną na mieście i można będzie się zabawić z policją i ambasadą. Szczytem wyrafinowania jest oskarżenie recepcjonisty (zwracamy się wyłącznie per "ty czarny ch***") o zamiar wyłudzenia kredytu.

To ty ustalasz zasady!To ty ustalasz zasady!

Na śniadanie wydawane od 7.00 przychodzimy dziesięć minut za wcześnie. O 6.59 dla lepszego efektu walimy pięścią w drzwi hotelowej restauracji. Trzeba rozgrzać mięśnie - już za chwilę będziemy przecież budować piramidę na talerzu. Nakładamy sobie trzy razy tyle, ile jesteśmy w stanie zjeść. Jeżeli po posiłku chcemy zachować się naprawdę ekstra, nietknięte produkty z talerza przerzucamy z powrotem na oryginalne tace. W serwetkę stołową należy też głośno wytrzeć nos.

Jeżeli w restauracji są dzieci, pamiętajmy - to nasze muszą być najgłośniejsze. Promujmy dobre polskie wychowanie - zróbmy współbiesiadnikom skrócony kurs karmienia dzieci na siłę. Kończymy w momencie, gdy decybele wydobywające się z dzieci osiągają poziom tych z silnika odrzutowca.

MIASTO - ROZRYWKI I ZWIEDZANIE

Absolutnie nie kupujmy biletu na komunikację miejską. Tolerancyjne południowe narody słyną z luzackiego podejścia. Informujmy o tym fakcie wszystkich napotkanych polskich turystów (w ramach dawania dobrych rad - trochę altruizmu na wakacjach nie zaszkodzi), stosowną formą wyjawienia tej prawdy jest "Powiem panu jak ich najlepiej wyr***". Jeżeli korzystamy z metra, nie kupujemy biletów dla dzieci. Dzieci świetnie przepycha się pod bramką.

W miejscach z płatnym wstępem czatujemy na moment, gdy przy obsłudze zrobi się gęściej. Wtedy cichaczem wślizgujemy się do wnętrza. Ponieważ w przypadku obecności bramek ten system nie działa, płaczliwie tłumaczymy, że zgubiliśmy bilet. Może się udać.

Za co niby tu płacić? Same ruiny!Za co niby tu płacić? Same ruiny!

Zawsze zatajajmy prawdziwy wiek dzieci.Jeżeli posiadamy nietypowy dokument - na przykład legitymację klubu miłośników kiełbasy czosnkowej - machajmy nim wszędzie, domagając się zniżek. NADAL MÓWIMY TYLKO PO POLSKU.

Planując zwiedzanie obiektów sakralnych, koniecznie złóżmy najkrótszą spódnicę/szorty i najbardziej wyciętą koszulkę. W końcu jest gorąco. Panie, dla lepszego efektu, mogą oblać się wodą. Panowie nawet w mieście muszą walczyć o opaleniznę - walkę ułatwia chodzenie bez koszulki.

W wyrażaniu zachwytu koniecznie się wyróżniajmy. Wśród Anglików wzdychających "Oh, it's fabulous!", czy Francuzów szemrzących "C'est magnifique...", nasze polskie "Ku*** ale to zajebiste" lub klasyczne "Mają rozmach sk****y", ucieszy ucho każdego pobliskiego Polaka.

Porządny turysta NIE REAGUJE na zakaz fotografowania lub obowiązek uiszczenia opłaty za robienie zdjęć. Nigdy. Jeżeli towarzyszą nam inni Polacy, koniecznie należy głośno stwierdzić, że "chyba kogoś poj***".

W knajpkach i restauracjach zaznaczamy od razu swoją pozycję. Najskuteczniejsze metody to pstrykanie na kelnera lub głośne wołanie "Boy, boy!". Wdrażamy jeszcze zanim tyłek dotknie krzesła. Głośno narzekajmy na ceny, przy jednoczesnym zaznaczaniu, że nie musimy oszczędzać. Wszystkie ceny porównujemy do tych w McDonald's. Przenigdy nie zostawiamy napiwku. Jeżeli jest wliczony, koniecznie poświęćmy pięć minut na narzekanie na zdzierstwo i złodziejstwo.

Dzieci ma być widać. I słychać.

Na każdą prośbę o obniżenie głośności/ograniczenie wulgaryzmów/wstaw cokolwiek, reagować krótkim i treściwym "Sp***j". Nawet w kościele. Bóg wybacza, VIP nie.

Przy każdej okazji należy stosować nieśmiertelne: "Czy zdaje sobie pani/pan sprawę z tego, kim ja jestem?". Nawet jeżeli już wszyscy wiedzą, że burakiem eksportowym.

Coś pominęłam?

Więcej o: