Siedem ekranizacji, które uważam za lepsze od literackich pierwowzorów

Grubo, co? Wiadomo, nie ma czegoś takiego, jak dobra ekranizacja. Są tylko słabe i słabsze. Tak mówi szkoła radykalna. Szkoła bardziej elastyczna głosi, iż owszem, zdarzają się niezłe ekranizacje, ale bardzo rzadko. Ja pozwolę sobie na moment przyłączyć się do niepopularnej sekty, która szeptem podaje, jakoby bywały adaptacje lepsze, niż książka. Tak.

Na pierwszy ogień weźmy "Wiedźmina". Uhum, tego na podstawie książek Andrzeja Sapkowskiego. Scenariusz: Michał Szczerbic, reżyseria: Marek Brodzki. Ależ to było doskonałe.

Dobra, już, spokojnie, ŻARTOWAŁAM. Naprawdę lubię sprawdzać, kto komentuje nie poznawszy całego tekstu. BAZINGA.

Spieszę z odtrutką na blasfemię. Odtrutka będzie zresztą kontrowersyjna i sama nie jestem przekonana, co do jej słuszności. Zaryzykuję jednak: kto dziś czyta Szekspira? W stanie czystym, jako tekst? Ty, ja i jej babcia. Oraz paru licealistów napalonych na koleżankę z kółka teatralnego. Ok, sama w to nie wierzę, myślę, że pewien procent młodzieży nie tylko czyta, lecz i delektuje się. Reszta - nie wiem, omija? Spożywa bryki i streszczenia? Choruje w dniu testu z Szekspira? Mam nieszkodliwy fetysz, udane adaptacje Mistrza. Filmowe, gdyż - pfff - na scenie, uważam, łatwiej. Ale przed kamerą i w dodatku inaczej, niż inni? Szlochałam, jak wspomniana licealistka na "Kupcu weneckim" z Ironsem i Pacino. Gorzko się kocham w "Księgach Prospera" Greenaway'a.  Lubię świeże spojrzenie na Szekspira. Takie, jak w branaghowskim (już, obawiam się, klasycznym) "Wiele hałasu o nic".  Ale do popularyzacji, moim zdaniem, najlepiej nada się "Sen nocy letniej" w wersji z 1999 r. Skusi doskonałą obsadą i podstępnie wciągnie w piękną frazę. W pięknej oprawie. Wszak od tysiącleci chodzi tylko o miłość, władzę i szaleństwo, proszę, jak to ładnie widać.

Trochę wstyd przyznać, ale w roku 1995 nie czytałam jeszcze Stephena Kinga. Wcale. Albo malutko. Nie tkwił mi w głowie i nie czciłam. "Skazani na Shawshank" - tytuł nic mi nie mówił. Ba, było gorzej. Ze dwa razy podeszłam do obejrzenia filmu, za każdym razem mówiąc: "Ziew, nie mam siły na kolejne dzieło o tym, jak przetrwać we więźniu i zostać człowiekiem i bibliotekarzem, ziew, wiem, to bardzo budujące, że krzewił tam kulturę". Bardzo się wstydzę, lecz jestem szczera. Nie ruszało mnie to. Aż do pewnego samotnego wieczoru, kiedy telewizja zapodała, a ja wytrwałam dłużej, niż poprzednio. Zrozumiałam, pokajałam się, zachwyciłam. Zaczęłam czytać Kinga. Włącznie z opowiadaniem - pierwowzorem. To dobre opowiadanie, mocne i smaczne. Ale wolę film. Być może zawinił ten spóźniony, odkładany zachwyt. Nie wiem. Wolność, zwycięstwo, wytrwałość, rozumiecie. Zihuatanejo.

A może chodzi o to, że książkę przeczytałam długo po obejrzeniu filmu? Być może, bo podobnie było z "Piknikiem pod Wiszącą Skałą". Pamiętam, jak oczadziała z zachwytu snułam się pod szczecińskim DKF-em, polując na projekcje. To była miłość i gorączka, która przyćmiła nawet miłość (wolałam iść jeszcze raz na film, niż tam, gdzie mogłam GO spotkać, a to było sporo). Po latach, już w Warszawie wynorałam na straganie egzemplarz powieści Joan Lindsay. Kupiłam, pochłonęłam, wzruszyłam ramionami. Stara miłość nie zardzewiała. Na ekranie. (Też łkacie z narratora w trailerze? Klasyka, co?)

Mniej rzewnie, wiktoriańsko, dziewczęco? Mniej falbanek, westchnień i nieuchwytnej tajemnicy? Ależ proszę. Minęły lata, odkąd pierwszy raz zobaczyłam "Helikopter w ogniu". Broniłam się przed tym, bo temat był mi oczywiście obcy i nieprzyjemny ("wiem, że to się dzieje, nie chcę tego oglądać").  Zostałam zmuszona do obejrzenia, zamarłam z otwartą buzią. Czasem wracam, żeby sprawdzić, czy dalej niszczy. Dalej niszczy. Za ten obraz, muzykę i traumę oddam spokojny sen. Pamiętacie książkę? No właśnie.

Już dobrze, there, there. Naści plasterek na rany po zbyt realistycznych scenach - oto spieszę z  "Anią z Zielonego Wzgórza" w wersji Kevina Sullivana. Wiele lat przed tym, zanim komuś, gdzieś tam odwaliło i umyślił sobie zrobić z subtelnej, rudej, bladej, szarookiej panienki - prosiaczkowatego, zażywnego blondaska. Uwierzcie mi, widziałam wiele ekranizacji. Bardzo wiele. Najlepsza jest jedna. Przynajmniej do momentu, kiedy niepokojąco (i podobno wbrew woli reżysera) odpłynęła od oryginału.

Powiem dosadnie, w rzyci miałam wszystkie atrybuty chłopackiego życia, nie latałam po bunkrach (choć po drzewach, mokradłach i ruinach już tak), nie strzelałam z procy, nie rozdzierałam na budowach spodni po starszym bracie (pewnie dlatego, że dysponuję tylko młodszym, ale JAKIM, najfajniejszym!) i równo olewałam wszystkie Tygrysy, Kapitany Żbiki i Holmesy. Dostępne przygody Sherlocka - owszem - przeczytałam, z westchnieniem i wywrotem oczu, w końcu kanon, mus to mus, nikt tu nie jest dla przyjemności. Lecz nie kochałam, nie szalałam, nie tęskniłam. Do momentu, kiedy w wieku dojrzałym zapoznałam się z lufą Roberta. Teraz kocham, szaleję i tęsknię do następnej części. Nie mam słów, żeby opisać cały wintydż glamur, obłąkany sznyt, drażniące seks-aluzje i cierpki humor tej właśnie ekranizacji. Robercie, mru.

Na koniec przypadek niejako odwrotny do reszty. Wiele, bardzo wiele słyszałam o filmie. Z wielu, bardzo wielu powodów nie miałam odwagi do niego podejść. Po wielu, niezbyt wielu latach przeczytałam książkę. Nic nie pomogło, strach przed zobaczeniem nie minął. Wreszcie uznałam, że jestem na tyle dorosła, opancerzona i cyniczna, żeby zobaczyć. Zobaczyłam. Nigdy nie jest się dość cynicznym. Ani dorosłym. Ani opancerzonym. Dobranoc.

Więcej o: