Kosmetyki naturalne i ja, czyli nawracanie się niewierzącej

Wierzę w Boga i chemię. Kosmetyki wytwarzane w domu kojarzą mi się z okresem dorastania, trądzikiem i ubogim asortymentem drogerii w latach osiemdziesiątych. Kiedy na półkach zaczęło pojawiać się coraz więcej kosmetyków, z gorliwością neofity z klasztoru Matki Natury przeszłam do zakonu Chemii. Po kilkunastu latach małżeństwa z przemysłem kosmetycznym, myślę jednak o zdradzie.

Zaczęłam od flirtu z mydlnicą lekarską. Zrobiłam z ziela wywar (czułam się jak czarownica) i umyłam nim głowę (wyglądałam jak czarownica). Wiem, że mycie było w pełni naturalne, a skóry nie skalała ani odrobina chemii. Nie poprawiło mi to jednak humoru, bo po wysuszeniu włosy były ordynarnie szorstkie. Mało tego, uparcie odmawiały skrętu, wybierając formę napuszonych, niesfornych zygzaków. Coś jak pejsy, coś jak kosmyki, które lizał pies. Zdradzę od razu, że to nie był mój pierwszy kontakt z mydlnicą. Przypomniałam sobie, dlaczego skok w bok sprzed wielu lat, nie zamienił się w coś więcej, choć próbowałam długo. Dodawałam wywar z kory dębu (mam ciemne włosy) i też nie wywołało to zachwytu. Obiecywany orzechowy połysk nie pojawił się bowiem nigdy. Dodawałam nawet oliwę, żeby ułatwić rozczesanie włosów i olejek lawendowy, dla zapachu. I nic. Nie zaiskrzyło. Nie załączam swojego zdjęcia po umyciu włosów mydlnicą, bo mnie to przerasta. Wyglądam po prostu źle.

Szampon z mydlnicy poleca się głównie włosom przesuszonym i zniszczonym - takim jak moje. Delikatnym - takim jak moje. Jednak mimo to, nie jest to rozwiązanie dla mnie. Włosy po szamponie z mydlnicy przypominają mi młodego rewolucjonistę. A taki, nie zgodzi się na żadną propozycję i będzie odstawał od reszty. Reasumując - po szamponie z mydlnicy najlepszym rozwiązaniem jest topknot. Na wszelki wypadek wyjaśnię, że jest to modny mniej więcej od dwóch lat kok na czubku głowy. Mnie niestety nie pasuje, więc pisząc o nim, nie pałam przesadnym entuzjazmem.

Dla kogo szampon z mydlnicy może być ciekawą propozycją? Dla osoby, która ma krótkie, delikatne włosy i nosi je w nieładzie, niekoniecznie rozczesane. Przy takiej aranżacji, to strzał w dziesiątkę. Jeśli masz długie włosy, licz się z tym, że po umyciu włosów mydlnicą, będziesz je bardzo długo rozczesywać.

Na półce w łazience znów prym wiedzie szampon kupiony w drogerii.

Pierwszy pojedynek NATURA kontra CHEMIA - 0:1.

Tradycyjna i skuteczna odżywkaTradycyjna i skuteczna odżywka

Naturalne odżywki do włosów to już zupełnie inna historia. Jestem od lat przywiązana do nafty kosmetycznej. Niegdyś używaniem jej szczyciła się Violetta Villas. Dziś fryzura w stylu Villas nie jest już ani popularna, ani nie za bardzo wierzy się w prawdziwość kaskadowych loków divy. Mimo to do nafty wciąż mam słabość. Kosztuje ok. 4-5 złotych, wystarcza na kilka miesięcy. Jest bazą genialnej odżywki do suchych włosów. Dodaję jeszcze olejek rycynowy, żółtka jajek i wyciskam zawartość kapsułek z witaminą A i E. Czy działa? Z pewnością bardzo nawilża. Oczywiście, aby zadziałała, należy ją nosić na włosach co najmniej kilka godzin. Szkoła cierpliwości.

Minusy to mało ciekawy zapach i podobnie nieciekawa konsystencja. Jakby tego było mało, można mieć problem ze zmywaniem jeśli przesadzi się z ilością nafty. Dlatego zamiennie - jako naturalną odżywkę do włosów - stosuję olej sezamowy, który ma znacznie przyjemniejszy zapach, a w finale mycia sięgam po ocet z jabłek. Rozcieńczony z wodą, nie tylko dodaje włosom połysku, ale i chroni przed łupieżem. Olejek kokosowy, wychwalany ostatnio pod niebiosa, nie pojawi się u mnie w łazience zbyt szybko, bo nie cierpię tego zapachu. Uparcie kojarzy mi się ze słodyczami.

Drugi pojedynek NATURA kontra CHEMIA - 1:1. Dlaczego? Gotowe maski do włosów mają tę przewagę nad domowymi mazidłami, że pięknie pachną, a ich aplikacja nie nastręcza trudności. Są gotowe, nic nie trzeba rozbijać, mieszać, ucierać. Poza tym nie ma konieczności noszenia odżywki przez kilka godzin, żeby zadziała.

Naturalne maseczki do twarzy są godne polecenia. Nie zaprzeczę. Na pewno są znacznie tańsze od tych, które kupujesz w drogeriach. Dowód? Całkiem spora paczka ziaren lnu (250 g) to koszt zaledwie 3 złotych. A wystarczy na bardzo długo.

Przygotowanie maseczki z siemienia lnianego to zadanie dla przedszkolaka. Jeśli zależy ci na gładkiej buzi, wystarczy, że zalejesz siemię lniane wrzątkiem. Po kilku minutach na powierzchni (mało apetycznej mazi) powstanie śluz, który nawilża skórę, lekko ją napina i łagodzi wszelkie zmiany bakteryjne. To zresztą moja ulubiona maseczka z okresu dorastania. Maseczka z drożdży? Wolne żarty. Drożdże działały na mój trądzik jak nawóz! Tylko siemię lniane niwelowało problem.

Rarytasem jest też maseczka z awokado i mango. Tyle że czasem dzieje się tak, że nie zdążę utrzeć go na gładką masę. Tuż po przyniesieniu do domu znika. Mam na oku jednego podejrzanego w domu, ale to inna zupełnie historia

Maseczka z siemienia lnianegoMaseczka z siemienia lnianego

Tym razem pojedynek NATURA kontra CHEMIA także kończy się remisem. Dlaczego? Naturalne maseczki są dobre, nie twierdzę, że jest inaczej. Nawilżają, łagodzą trądzikowe atrakcje, rozjaśniają, ale żeby efekty były widoczne, należy wykazać się cierpliwością i konsekwencją. Tymczasem to zupełnie obce mi pojęcia. Stąd moja słabość do maseczek skondensowanych, istniejących w formie serum. Dobre serum działa natychmiast. I tutaj siemie nie ma szans. Ani nawet znikające awokado czy mango.

Chyba że nie doceniłam Waszych patentów. Ostatnim razem przetarłam ze zdziwienia oczy, gdy w komentarzach o kosmetykach wielozadaniowych przeczytałam, że z podpasek można zrobić wkładki do butów górskich, a płynem do higieny intymnej warto umyć włosy. Wiem, że miłośniczki kosmetyków naturalnych to prężnie działająca, bardzo liczna grupa. Dziś nieśmiało pukam do Waszych drzwi. Grzeszyłam z chemią przez wiele lat, ale proszę, przymknijcie na to oko.

Więcej o: