Zagraj mi coś na seks, czyli erotyczne tropy muzyczne

Niektórym bywa zupełnie zbędna, innym przysparza tylko kłopotów, a są tacy, dla których jest po prostu fajnym elementem budowania klimatu. Uwierzcie mi, odpowiednia muzyka może pomóc zrobić Wam dobrze. Tylko co tu wybrać?

http://rustnbones.wordpress.comhttp://rustnbones.wordpress.com

Może to zły moment, nie psuje się przecież zabawy na samym początku, ale nie mam dla Was idealnej muzycznej recepty. Niestety, doskonale zdaję sobie sprawę z mnogości gustów i potrzeb dźwiękowych, sama przeżywam niektóre piosenki i płyty tak mocno, że khm... czynniki zewnętrzne zdają się być zbędne. Na drugim biegunie są ludzie tacy, jak moja bardzo dobra koleżanka, która na hasło "muzyka do seksu" odrzekła w prostych, żołnierskich słowach: "mnie tam do ruchania jest niepotrzebna". W pamięci mam też relację jednej z naszych Czytelniczek pod tekstem Olgu o fetyszach - tę relacje o chłopaku, który trochę za bardzo się wczuł w piosenkę zespołu Piersi o tym, jak trzepała Zośka dywan i niemal wykończył kondycyjnie seksualną partnerkę. Temat jest delikatny i budzić może sprzeczne uczucia. Z drugiej strony ile można sobie wmawiać, że wystarczy posłuchać jak Serge Gainsbourg mizia się z Brigitte Bardot, pojękując sobie, że ten, Je t`aime? Dajcie spokój, to było tak dawno temu! Postanowiłam więc przeprowadzić badania terenowe, zajrzeć do tekstów źródłowych i odbyć kilka bardzo intymnych rozmów ze znajomymi i skompilować jakąś zgrabną listę sugestii dla tych, którzy nie mogą się zdecydować.

"The Love Below"

No właśnie, niezdecydowanie jest wrogiem zbliżeń cielesnych, na początek więc zamierzam Was nakarmić pełnymi albumami. Nie wyobrażam sobie bowiem sytuacji w której spotyka się dwójka ludzi i WTEM! "ty rozstaw świeczki, a ja szybciutko ustawię playlistę, powiedz tylko ile chcesz minut spędzić na grze wstępnej". Błagam. Więc na początek może Andre 3000 z OutKastu ze swoim solowym krążkiem "The Love Below" (wydanym w zestawie z solo BigBoia "Speakerboxx". Co my tu mamy? Odrobinę romantyczności, trochę słodyczy, jest delikatnie, zmysłowo, czasem, gdy trzeba, rozbrzmiewają drapieżne gitary albo elektronika, jest stylowy swing, dobry rytm, pojawiają się zmiany tempa. Mamy więc pieszczoty i konkrety, plus teksty, które krążą wokół tematów łóżkowych.

"Get Lifted"

Tym z Was, które potrzebują trochę mniej wyskakującej znienacka  awangardy  i drapieżności, mogę zaproponować wrzucenie do odtwarzacza pierwszej płyty Johna Legenda. "Get Lifted" nie zaskoczy was nagłym atakiem szalonego tempa - tu jest ciepło i bezpiecznie, bas przyjemnie pulsuje. Wystarczy dodać długie pocałunki i inne takie, et voila!

"Ace of spades"

Dobra, nie każdy jest małym puchatym kociaczkiem czekającym na wygłaskanie i wyprzytulanie, niektóre dziewczyny wolą się nie certolić, pomijając już momenty, w których kobietę zwyczajnie nachodzi ochota na to, żeby po prostu poczuć coś więcej, mocniej, a nie takie tam kizia mizia. "Ace of spades" może nie jest świeżakiem na rynku płytowym, ale za to narzuca dobre tempo, jest energia w riffach, szorstkie brzmienia, jest ten mocniejszy puls nabijany przez perkusistę, cóż, Motorhead najpierw weźmie was pod włos, a potem narzuci dobre tempo.

Elektronika dla długodystansowców

Dość mam już trącących sucharem tekstów o tym, jak to poznaje się prawdziwych mężczyzn po tym, jak kończą oraz całej gamy bon motów poświęconych długości, także seksu. Nie mniej jednak są ludzie, których "szybkie numerki" totalnie rozczarowują, dla takich maratończyków mam kilka nieśmiałych propozycji. Pierwszą niech będzie towar sprawdzony w niejednym łóżkowym boju - album "808:88:98" elektronicznej formacji 808 state, klasyków gatunku z Manchesteru. Alternatywa? Paul Kalkbrenner ze swoja ścieżką dźwiękową do "Berlin Calling". Z jednej strony mechaniczne i powtarzalne, z drugiej nie takie twarde techno. I nie ma, że bleee, że nie trawię muzyki na "t", ten album świetnie wprowadza w trans, a jednocześnie kołysze, dodajcie teraz w waszej wyobraźni te dwa składniki, dosypcie trochę erotycznego napięcia no i co? Zadziała?>

Nie? To mam jeszcze kilka innych pomysłów. Dla tych, którzy nienawidzą słów takich jak "seks", "ruchanie", czy jeszcze bardziej dosadnych określeń - może "Chant down Babylon" -  album, który osobiście uwielbiam, buja świetnie, no i cóż, kipi miłością. Nie mogę też uciec od myślenia o tym, że Stevie Wonder ma w swoim repertuarze całkiem spora ofertę brzmień dobrze podkreślających "te momenty". Z drugiej strony mam znajomą, która uważa, że udany seks gwarantować może przede wszystkim puszczenie na repeacie starych Nine Inch Nails, o, na przykład albumu "The Downward Spiral", na którym to można znaleźć utwór "Closer", o jakże romantycznym refrenie "I wanna fuck you like an Animal". Jest moc.

Trafiłam też w zakamarkach internetów na panią, która niejako podziela moje obawy i spostrzeżenia muzyczno - erotyczne, a także chadza podobnymi ścieżkami dźwiękowymi. No dobrze, kupiła mnie tym, że proponuje natychmiastowe uprawianie seksu do piosenki Jamesa Blake`a. Gdy przeczytałam te słowa wychodząc z domu na Jego koncert (tak, tak, TAK!!!!!!) wzięłam głęboki wdech, pomyślałam sobie "spokojnie Węcławkowa, jakoś przeżyjesz ten szał uniesień, jesteś już prawie dorosła". I ruszyłam w noc. Na szczęście nie dopuściłam się na nikim rozboju, starałam się dużo tańczyć i oddychać głęboko, było super. Do rzeczy, zgadzam się z autorką także w temacie D`Angelo i  jego nieśmiertelnej pościelówy "Brown Sugar" i dorzucam do tego zestawu Miguela. Jego tegoroczne "Adorn" może się dobrze sprawdzić jako ścieżka dźwiękowa towarzysząca sypialniano-podłogowo-ścienno-stołowym zbliżeniom międzyludzkim.

Dobrze wiem też, że wielu ludzi uwielbia puścić sobie takie klasyki jak "Sex machine" Jamesa Browna. Po prostu kiedy ten pan śpiewa, ubrania same się zdejmują, tętno przyspiesza, ciała robią się wilgotne, i tak jakoś bardziej do siebie przylegają i pulsują synchronicznie, ale na drugim biegunie są osoby, które nienawidzą takiego epatowania seksem w muzyce, tak, jak tracą ochotę na jakiekolwiek zbliżenie czując ten wulgarny przymus, że tu i teraz, pan śpiewa o tym, że on i ona  trenują Kamasutrę, więc i my to zróbmy. Lekarstwo? Bo ja wiem, coś miłego, niezobowiązującego, przyjemnego i ładnego. Jak Washed Out z albumem "Paracosm".

Ale, ale! Ja się już tutaj powymądrzałam, teraz czas na Was. Powiedzcie, jakie utwory albo całe albumy sprawdzają się u Was?

Więcej o: