Sześć tygodni na diecie z pudełka. Czy udało się zrealizować cel?

Ania w swoim tekście z wtorku zdała relację z miesiąca ćwiczeń, ja zostałam poproszona o stawienie się do raportu w sprawie mojej diety z pudełka i jej efektów. Ponieważ minął ponad miesiąc - czas to uczynić.

Zacznę od tego, jaki był plan. Nie była to na początku chęć schudnięcia, ale konieczność absolutnej zmiany sposobu odżywiania. Przypomnę - pięć posiłków dziennie, w regularnych odstępach, zamiast nocnego wypasu i zalewania się hektolitrami kawy. Przypomnę także, że te zmiany jawiły mi się faktycznie jako drastyczne, ale nie ma co się rozpisywać - możecie zajrzeć do poprzedniego tekstu.

Jak już wspomniałam we wpisie o diecie z dowozem, zdecydowałam się na upgrade planu, czyli dorzucenie do niego jeszcze dwóch elementów - ograniczonej kaloryczności diety, a później także ćwiczeń. Ostatecznie, za radą dietetyka i trenera, wybrałam opcję diety 1000 kalorii (na dwa miesiące) i ostrożnych ćwiczeń, gdyż dieta jest faktycznie mało energetyczna. Cel był prosty - w dwa miesiące docieram do wymarzonej wagi, później utrzymuję ją i nadal odżywiam się jak odpowiedzialny człowiek oraz ćwiczę więcej. Stan wyjściowy: 170 centymetrów wzrostu, 63 kilogramy. Dodajmy - 63 bardzo leniwe kilogramy.

Teraz mała dygresja - na pewno znajdzie się co najmniej kilka osób, które powiedzą mi, że 63 kilogramy to dobra i zdrowa waga dla osoby mojego wzrostu. Byłabym wdzięczna za pominięcie tego wątku, bo tak zupełnie serio - dla mnie waga jest naprawdę najmniej istotna. Liczy się dla mnie jedynie to, jak wyglądam i jak się z tym czuję. Dlatego wykłady o BMI wsadzam sobie na półeczkę z bajkami, a skupiam się na lustrze i centymetrach. Jednak to właśnie waga jest dla wielu osób najbardziej interesująca, niech zatem będzie tu wyznacznikiem.

Oczywiście trzeba było się przygotować. Gdybym miała polegać na swoim organizmie, nigdy w życiu nie jadłabym posiłków co trzy godziny. Pierwszego dnia diety nastawiłam po prostu przypominacz na miesiąc i ustaliłam sama ze sobą, że godziny będą stałe. Trzymałam się też twardo zasady, że pierwszy posiłek zjadam do 30 minut po przebudzeniu. I właśnie to śniadanie było największym dramatem - kto nie jada, ten zrozumie. Przez pierwsze dwa tygodnie czułam się okropnie, byłam ciągle przejedzona, jedzenie było karą. Dopiero w trzecim tygodniu zauważyłam, że nie jest już tak źle, a nawet zaczynam być głodna w porę.

Problemem diety z pudełka był też jej skład. Wszystko było dość smaczne, nie będę się skupiać na wyjątkach, powiem jedynie, że było ciężko przyzwyczaić się do słodkich dań, gdyż słodyczy nie znoszę. Ale wytłumaczono mi, że dieta jest odpowiednio zbilansowana i muszę jeść wszystko. Trudno. Problemem jest też śniadanie, bo w mojej diecie jest ono codziennie identyczne i niestety na widok jogurtu z musli krzywi mi się już pyszczek. Jak miną już te dwa miesiące, zamierzam jednak zająć się urozmaiceniem śniadań, na razie jestem twarda. No prawie, bo czas wyznać też grzechy, czyli jednodniowe wyskoki w weekendy. Tak, nawaliłam i nie oparłam się hamburgerom i pizzy. Dodam jednak, że były one zawsze jednym z tych pięciu posiłków i zawsze starałam się jeść je w takich godzinach, żeby mieć później szansę cokolwiek spalić. Ograniczyłam też alkohol.

Co do ćwiczeń - kazano mi nie przesadzać. Dietetyk powiedział, że dziennie spalam 2000 kalorii "istniejąc", zatem nie mogę na diecie 1000 kalorii przesadzać z wysiłkiem. To też trochę niestety nie wyszło, gdyż po pierwsze - ćwiczenia znacznie podnosiły mi poziom endorfin i doskonale robiły na głowę, po drugie - jak się ćwiczy, to się nie myśli o jedzeniu.

Jak ćwiczyłam? Próbowałam iść za radą Rączki i przetestowałam kilka filmów na YouTube - głownie tych z Ewą Chodakowską i Jillian Michaels - fajne to, ale ja nie lubię ćwiczyć na małej i zamkniętej przestrzeni i cały czas mnie coś rozprasza w domu, zatem wybrałam z tego wszystkiego kilka ćwiczeń, poprosiłam trenera na siłowni, żeby je ze mną zrobił i nauczył wykonywać poprawnie, a potem zaczęłam je robić sama przy okazji wizyt na pobliskiej zewnętrznej siłowni.

Nie ukrywam, że ta siłownia była wybawieniem - mam ją tuż pod nosem i wyjście na nią nie wymaga szczególnego zaangażowania. Problemem jest jedynie sąsiedztwo placu zabaw, a dla niektórych ta siłownia jest jego przedłużeniem. Ciężko zaplanować sobie ćwiczenia, jeśli sprzęt okupowany jest przez dzieci, ciężko też przemóc się, żeby ćwiczyć przy ludziach - komentarze bywają irytujące. Na szczęście trzeba się skupić na czymś innym i tak ja skupiłam się na godzinnym treningu aerobowym. Jak już się wkręciłam, dorzuciłam do tego kilka ćwiczeń słynnych trenerek i... skakankę. Tę ostatnią serdecznie polecam, bo mój pulsometr pokazuje mi podczas skakania same cuda. Ostatecznie ćwiczyłam codziennie, minimum pół godziny, ale bez maksymalnego przemęczania - po kilku latach ćwiczenia jedynie sięgania po mysz, nie chciałam przesadzić. Z całych sześciu tygodni, ćwiczenia trwały trzy, niestety ostatnio musiałam z nich zrezygnować, bo się zwyczajnie rozchorowałam. Zamierzam jednak do nich jak najszybciej wrócić, bo o ile dieta nadal jest nieco przytłaczająca, to te ćwiczenia jednak nakręcają i nawet nieco uzależniają. A przy dwóch godzinach dziennie - rano i wieczorem, bez specjalnego wysiłku spalałam około tysiąca kalorii.

W pierwszym tygodniu ćwiczeń...W pierwszym tygodniu ćwiczeń...

No dobrze, ja tu sobie gadam, a wszystkich i tak interesują jedynie efekty. To proszę: po sześciu tygodniach waga spadła o siedem kilogramów, część spodni w rozmiarze 38 musiałam zmienić na dawno schowane do szafy 36, żeby nie wisiały mi na tyłku. I uwierzyłam w paski. Choć zawsze miałam przyzwoitą talię, to ta nowa podoba mi się znacznie bardziej, a ponieważ człowiek (podobno) chudnie od góry - największy ubytek w centymetrach mam w ramionach - w tym miejscu, gdzie z czasem tworzy się słynna flaga. Efekt nie jest dla mnie szczególnie zdumiewający - zawsze chudłam szybko, choć z reguły powody były inne. Teraz najbardziej skupiam się na wykonaniu dwumiesięcznego planu - wychodzi na to, że się uda. A największe zmartwienie dopiero przede mną - jak ten efekt utrzymać? Obawiam się, że sobie odpuszczę i spocznę na laurach, ale postaram się do tego nie dopuścić.

Zdrowotnie też zmieniło się sporo - przestały mnie nękać bóle i skurcze żołądka oraz bóle głowy, mam dużo mniej kłopotów z alergią i podwyższonym ciśnieniem, a włosy i paznokcie nareszcie zaczęły się zachowywać nienagannie. Z cerą nigdy nie miałam większych problemów, ale nawet w niej widzę zmiany na lepsze.

Na koniec, aby wypełnić prośbę Czytelniczki, podzielę się tym, jak rozpisana jest moja dieta: śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolacja mają odpowiednio 280, 80, 340, 80 i 220 kalorii. Nie piję do tego żadnych napojów gazowanych - jedynie okazjonalnie zdarza mi się sięgnąć po colę zero. Nadal pijam sporo kawy z odtłuszczonym mlekiem, ale też ograniczyłam jej ilość. Stawiam główne na wodę i na napoje izotoniczne (po ćwiczeniach). I nauczyłam się jednej, bardzo ważnej i przydatnej rzeczy. Nie piję 15 minut przed posiłkiem, w jego trakcie i kwadrans po posiłku. Co to daje? Eliminuje ostatecznie zjawisko "ciąży spożywczej". Polecam.

Więcej o: