Pięć powodów, dla których możecie chcieć obejrzeć "Kongres" Ariego Folmana

Jestem stronnicza, bo lubię Lema. Tak, Stanisława - jego książki, jego sposób patrzenia na świat i bohaterów, jakich kreuje. Lubię też Folmana i filmy animowane. Uroczyście przysięgam jednak, że zamiast niczym typowy psychofan zdradzać zakończenie, analizować film ujęcie po ujęciu i porównywać nieustannie z opisami w książce, postaram się być powściągliwa i rzeczowa. Chociaż troszeczkę.

Na początek wyjaśnijmy to sobie: nie sponsoruje mnie lobby rodaków Folmana. Nie znalazłam paczki pełnej studolarówek (euro, złotówek, jenów i bitcoinów) podrzuconej przez polskiego dystrybutora, nie stoi też nade mną rodzina Lemów mówiąc mi, co mam pisać o prześwietnym panu Stanisławie. A jednak! Jestem pozytywnie nastawiona do filmu "Kongres" i zaraz podam wam pięć powodów.

Kongres prawie futurologicznyKongres prawie futurologiczny

PISARZ. Czyli Lem. Zawsze miło obejrzeć ekranizację jego książki. Przez ostatnie dziewięć miesięcy odświeżyłam sobie lekturę, jak też obejrzałam kilka dotąd mi nieznanych filmów mniej lub bardziej nawiązujących do prozy Lema (polecam "ONE", można obejrzeć legalnie, za darmo na YT). Zdążyłam się w tej prozie ponownie zakochać. Co ciekawe, najmocniej w tych najbardziej dotkliwych, gorzkich i niezbyt optymistycznych portretach ludzkości, dopiero w drugiej kolejności w poszczególnych bohaterach i wreszcie w sposobie, w jaki Lem wykorzystuje nowoczesne technologie. W jego świecie maszyny się psują, kosmos pełen jest złomu, ludzie bywają zawodni, a nadzieje płonne. Co miłego w czytaniu takich rzeczy? Wszystko, bo z drugiej strony Lem potrafi dostarczać czytelnikowi sporo frajdy.

Co fani Lema znajda w "Kongresie"? Właśnie jego ducha, sposób patrzenia na ludzi i na ich wynalazki. Czego nie znajdą? Wiernej ekranizacji książki "Kongres Futurologiczny". Umówmy się, sama dość ironicznie podeszłam do idei Folmana. Co to ma znaczyć, by zamiast Iona Tichego, gwiezdnego podróżnika, który trafia w ogień rewolucji, doświadczając mocno psychodelicznych stanów (Philip K. Dick w swych najdalszych odlotach to pikuś, "Las Vegas Parano" też), w głównej roli pojawiła się kobieta i jeszcze miała grać samą siebie! PFFFFFFFFFFFFFFFFFFF. A jednak, choć pomysł był karkołomny, udało się.

REŻYSER, czyli Ari Folman. Nie oglądam jego filmów obsesyjnie, nie znam więc ani "Clary Hakedoshy", ani "Made in Israel", tym bardziej seriali, przy których współpracował. Boję się już odmieniać przez przypadki "Walc z Baszirem", a jednak, tamten przedziwny, animowany dokument urzekł mnie swoją poetyką, sposobem pokazania konfliktu zbrojnego, życia w ogóle. Samą animacją też. W "Kongresie" podoba mi się dostarczana przez Folmana ironia i przewrotność, obydwie w wysokim stężeniu. Sposób w jaki Folman wziął i wywrócił do góry nogami prozę Lema - cóż, mimo wszystko nie bulwersuje mnie. Niektórzy polscy krytycy już pisali, że w "Kongresie" nie ma Lema, a dla  mnie jest. Nawet bardziej w tej części, w której pozornie nie odwołuje się do "Kongresu". Matko, jaki on tam jest gorzko lemowski!

Robin Wright totalnie zeskanowanaRobin Wright totalnie zeskanowana

AKTORKA. Robin Wright i jej towarzysze (Harvey Keitel - jesteś mistrzem!) pięknie tego Lema odgrywają.  Powiem więcej - kiedy siadłam sobie w kinowym fotelu i usłyszałam  ten pierwszy dialog, który Robin Wright, grająca Robin Wright, odbywa ze swym agentem... Cóż, czułam się jak podczas seansu akupunktury. Jakby ktoś wbijał małe szpileczki, trochę na zasadzie, że boli, ale dla Twojego dobra. Widziałam więc aktorkę, kobietę "po czterdziestce", która "zawsze dokonywała słabych wyborów, bała się podjąć ryzyka, zaprzepaściła szansę". Kobietę, która słyszy o tym, że swoje życie poprowadziła źle, przez owe parszywe decyzje, słyszy to od agenta, właściciela studia filmowego, wreszcie od córki.

Przyznam, że nie chciałabym nigdy usłyszeć tylu gorzkich słów od osób bliskich i tych, z którymi pracuję. Tymczasem Robin Wright dzielnie to znośi. Miło patrzeć jak wszystko się potem zazębia: użyczanie części siebie na potrzeby filmu Folmana (bo jednak na ekranie widzimy postać fikcyjną, nie myślcie sobie!), a potem oddawanie części siebie, już tej filmowej, na potrzeby nowych technologii, które mają zrewolucjonizować kino, wreszcie zatracenie części siebie w podróży przez przećpany chemią, animowany świat ku zgniłej utopii.

MUZYKA. Dwa słowa: Max Richter. Lubię tego kompozytora, nagrał kilka frapujących albumów, od dźwiękowego paradokumentu "Memoryhouse", przez płytę "25 postcards in full color" z miniaturami dźwiękowymi (gotowe dzwonki telefoniczne), po mój ukochany krążek "Infra". Poza tym skomponował muzykę do kilku filmów. To, co przygotował na potrzeby "Kongresu" jest po prostu przyjemne w odbiorze i dobrze uzupełnia obraz. Takie momenty jak "Road to Abrahama" stały się dla mnie źródłem czystej muzycznej rozkoszy. Ach! Jest też nieprzypadkowo trącąca patosem piosenka śpiewana przez Robin Wright. Niektórych ponoć mocno uzależniła.

ANIMACJA. Bo ja mam słabość do klasycznej animacji. Przedkładam analog nad cyfrę, ręczne rysunki nad komputerowo wyczarowywane cuda. Przykro mi, oraz: bez urazy. Ta część "Kongresu", która przenosi nas w świat narysowany, przerysowany, pokolorowany i podkolorowany - wyszła bardzo ciekawie. Rzeczywistość pełna zdublowanych awatarów, uśmiechniętych "Chrystków", wysztafirowanych laleczek, eleganckich bogaczy wygląda w "Kongresie" świetnie. Scena w której Robin wjeżdża do świata animacji i przemyka między psychodelicznie uśmiechniętymi statkami, samoloto-delfinami i innymi takimi dziwadłami - och, co to jest za scena! Uczta dla oka. Przy okazji radzę wam, nie idźcie na "Kongres" pod wpływem środków psychoaktywnych, to może się dla Was skończyć gorzej, niż myślicie.

Taka ładna utopiaTaka ładna utopia

Podobają mi się niektóre pytania zadawane odbiorcy, te o młodość i starość, o sens dążenia do prawdy. No dobra, dość tego! Czas powiedzieć wreszcie, co mnie niemiłosiernie wkurza! Ckliwe sceny z synem i latawcami! Ta gra na emocjach, która czasami aż nie przystoi takiemu reżyserowi i takiej ekipie! Fe, dajcie mi rabarbar i świeży imbir, bo mnie zemdli! Wychodząc z kina myślałam sobie "cholera, trochę to jednak zbyt ugłaskane". Towarzyszący mi małżonek okazał się jednak dobrym obiektem testów. Nie znając "Kongresu Futurologicznego" po pierwsze nie miał poczucia, że to jest film tylko dla wtajemniczonych, po drugie jednak się zachwycił i zdołował, czyli nie jest tak różowo jak mi się wydawało. Dziękuję. Możecie odejść w stronę kina.

Więcej o: