Wafle z kremem, czyli smaki dzieciństwa

Nauczyłam się - o tyle, o ile - gotować z tęsknoty, z nostalgii i z rozpaczy. Po zachłyśnięciu się (czasem dosłownie) wszystkim, co dała mi Warszawa - nagle okazało się, że mogę kupić, co mi do łba strzeli i ograniczają mnie tylko finanse, ale domowego rosołku z domowymi lanymi kluseczkami nie zamówię w żadnej restauracji. Ani domowych pierogów. Ani niedźwiedzia. I wtedy zrozumiałam, że muszę.

Muszę wleźć do tej kuchni i zrobić tam coś więcej, niż zachęcająco oprzeć się biodrem o blat i zalotnie unieść kieliszek z winem. Coś więcej, niż zaparzyć herbatę, zalać wrzątkiem kuskus, albo otworzyć słoik z oliwkami. Gdyż na ból istnienia i gardła czasem nie wystarczy zestaw książka, kocyk, wino, czasem na Pomorzany jest zbyt daleko, a dół gniecie. I wtedy trzeba po domowemu. No więc nauczyłam się tego, co w domu najlepiej smakowało. Spokojnie, nie wrzucam Wam wszystkiego (rosołu z pokruszonymi słonymi paluszkami, mwaha). Puszczam dalej to, co sprawdziłam we własnej produkcji, główne kryterium - znika błyskawicznie i osoby niespokrewnione błagają o jeszcze.

Mam wrażenie, ze te wafle to efekt niedoborów zaopatrzenia powszechnych w czasach mojego dzieciństwa, bo blok czekoladowy też nie zawsze był w sklepach, a szczeniak domagał się słodkiego. Z drugiej strony - kakao? Masło? Nie brzmi to zbyt kryzysowo. Sama nie wiem. Ale zapraszam.

Potrzebujesz:

- wafli. Takich kwadratowych, albo okrągłych, tak zwanych: tortowych, wyrabianych w malutkie kwadraciki. Zwyczajnych. Preferuję te kwadratowe, robione w płytkie kwadraciki, nie doły, jak - niestety - mamy poniżej.

Wolę cieńsze (lepiej nasiąkają kremem) i kwadratowe (serduszko kiepsko się kroi). Ale nie było.Wolę cieńsze (lepiej nasiąkają kremem) i kwadratowe (serduszko kiepsko się kroi). Ale nie było.

- kostki masła. Porządnego masła, zawartość tłuszczu - minimum 82%.

- kilku - od 3 do 6 łyżek kakao.

- dwóch jaj (z których zużyjesz tylko żółtka)

- około 15 deka cukru, najlepiej tego drobnego, może być też puder, lecz wtedy będzie go stosownie więcej.

- odrobiny wysokoprocentowego alkoholu - może być wódka, może być whi sky, może być spirytus spożywczy. Wino nie pasuje. Alkoholu ma być ODROBINA, powiadam, ochlapusy. Kilka łyżeczek od herbaty.

Wina nie dodajemy. Wino można pić w trakcie. Wina nie dodajemy. Wino można pić w trakcie.

Wszystkie te składniki, poza masłem i żółtkami dodajemy "do smaku" (znów, wiem), a jak - to się zaraz okaże.

Jeżeli chodzi o sprzęty kuchenne, to proponuję przygotować:

- gęste siteczko,

- łopatkę do smarowania (#wstydliwewyznania - latami używałam takiego szerokiego ostrza do krajania sera, dziś mam już kanoniczną, silikonową, giętką łopatkę do kremów)

- makutrę. Wraz z wałkiem do ucierania.

Tak, wiem, może jeszcze tarę do prania i lampę naftową. Rozumiem ból, bo sama uważałam makutrę za przeżytek, którego słusznie nie ma w sklepach. I gdyby nie Mama - nadal żyłabym w tym przekonaniu. Na szczęście Mama, jak zwykle, wiedziała lepiej i zaopatrzyła mnie w takie cuda, jak gęsiarka, struna do biszkoptu i właśnie makutra. Makutry bywają na wszelkich bardzo ą ę targach slow-food, albo nie wiem, na bazarach. Są ciężkie, nieporęczne, przydatne i czuję się bardzo bezpieczna, gospodarna i rodzinna z moja makutrą. Makutra w każdym domu.

Moja makutra wiele przeszła. Moja makutra wiele przeszła.

Kostkę masła, której przewidująco i rozsądnie nie trzymaliśmy w lodówce, więc jest przyjemnie i ułatwiająco miękka - wwalamy do makutry, ucieramy z dosypywanym stopniowo cukrem. Cukru na początek dodajemy połowę z tych 15 deka.

Do ładnie, gładko, cierpliwie utartej masy - dodajemy dwa żółtka. Rozcieramy, też na gładko.

Kakao przecieramy przez gęste siteczko. I na zmianę - dodajemy po łyżce kakao, po trochu reszty cukru i po odrobinie alkoholu. Próbując, uwierzcie mi, że bez przykrości. Wiadomo, na kinderbal ograniczamy procenty, na potrzeby melanżyku - dolewamy. Tylko nie przesadźcie z tym płynem, bo zniszczycie konsystencję.

Bierzemy pierwszy płat wafla, kładziemy na podkładce (będzie brudno) i smarujemy, używając do tego wspomnianej giętkiej łopatki. Na posmarowane kładziemy płat wafla, smarujemy i tak dalej. Ostatniego płatu wafla oczywiście nie smarujemy od góry. Wymienione składniki dają masę wystarczającą na posmarowanie prawie całego opakowania wafli, zależy, jak hojnie krem nakładacie i ile zeżrecie w trakcie produkcji, nie zaprzeczajcie, zeżrecie, każdy zżera. Resztą wafli można wybrać resztki kremu z makutry i to dopiero jest orgia. Jeżeli naprawdę kochacie swoje dzieci/partnera/rodzica - pozwolicie im to zrobić, zamiast - jak ja - zamknąć się w kuchni na klucz i dokonać dzieła.

Na gotowym stosie dobrego kładziemy kolejną podkładkę a na niej: garnek napełniony wodą (albo makutrę), dzieła zebrane Ziemkiewicza, grubego, a nieruchawego kota, nasze serce, no, cokolwiek ciężkiego, a chwilowo zbędnego, co będzie pyszność w miarę równomiernie i mocno przyciskać.

 

Nie pytaj, co stało się z resztą. I nie, nie wytrzymałam paru godzin.Nie pytaj, co stało się z resztą. I nie, nie wytrzymałam paru godzin.

Instalację utrzymujemy w tym stanie jak długo się da. Błagam, choć kilka godzin. Wiem, jak się już oblizało palec z kremu i zna się ten smak - może być ciężko. Szturmujące kuchnie połączone siły wroga też nie pomagają. Cóż mogę powiedzieć, trzeba trwać na stanowisku i bronić barykad, albo pracować nocą. Kiedy walka staje się zbyt zacięta - należy użyć ostrego, dużego noża. Wafle kroi się w schludne prostopadłościany, układa na paterze i robi zdjęcie, zanim ci ludzie bez pojęcia zburzą konstrukcję. Przyjemności.

Więcej o: