Kosmetyk dla kawosza, czyli pean o peelingu z kawy oraz bonus - spowiedź

Kocham kawę. Mogłabym pić ją nieustannie, ale podobno z drgającą powieką wyglądam mniej inteligentnie. Na szczęście są inne możliwości obcowania z kawą. Oto dowód. Peeling zrobiony z kawy ma co najmniej trzy zalety. Wygładza skórę, jest naturalny i wpisuje się w modny trend recyklingu.

Najlepszy z możliwych początków dnia (fot. Pexels.com CC0)Najlepszy z możliwych początków dnia (fot. Pexels.com CC0)

Tytułem wstępu, garść wspomnień. W latach osiemdziesiątych, a może jeszcze siedemdziesiątych, kawę wykorzystywano do cna. Mam tutaj na myśli tzw. dolewki. Tym, którzy o tę epokę nie zahaczyli, wyjaśniam, że niegdyś (czasem także nawet na przyjęciach) panował zwyczaj powtórnego zalewania fusów z kawy parzonej po turecku. Czy zachowywano się tak wszędzie? Nie mam pojęcia. Z pewnością nie było to jednak zachowanie zarezerwowane dla środowisk niszowych czy kulturalnie patologicznych. Mało tego. Mój przyjaciel architekt, całkiem niedawno otrzymał właśnie taką propozycję, podczas wyceniania remontu bardzo eleganckiej kuchni. "Gdy zaproponowano mi dolewkę, poczułem się jak w domu, tyle że dwadzieścia lat temu" - relacjonował potem z przejęciem. Dziś dolewki modne nie są, a wręcz przeciwnie. Za to kosmetyki wytwarzane z fusów po kawie i owszem. Z miniankiety, którą przeprowadziłam wśród przyjaciółek o ekologicznym zacięciu, na przodowanie wysunął się zdecydowanie peeling z kawy. Ucieszyło mnie to z oczywistych powodów - kolejny pretekst, by nie oddalać się zanadto od filiżanki z kawą.

Zanim przejdziesz do dzieła, podnieś sobie ciśnienie. Zanim przejdziesz do dzieła, podnieś sobie ciśnienie (fot. MM)

Przepis na ten kosmetyk do ciała jest bajecznie prosty. Mielisz ziarna kawy. Możesz oczywiście kupić zmieloną, ale to już nie to samo. Chociażby z tego powodu, że jeśli mielisz ją sama, to możesz łatwo zdecydować, czy mielisz ją bardzo drobno, czy zostawiasz większe fragmenty ziaren. Jeśli nie zmielisz kawy zbyt drobno, otrzymasz peeling gruboziarnisty. Ale ostrzegam, przy skórze wrażliwej, skłonnej do podrażnień, to nie jest najlepszy wybór.

Teraz najważniejszy punkt działań - zmieloną kawę zalewasz gorącą wodę i pijesz w spokoju. Czytasz Focha.

Składnik podstawowy. Składnik podstawowy (fot. MM)

Wracasz do rzeczywistości i mieszasz fusy z oliwą. Ustal takie proporcje, żeby mieszanka była dość zbita. Gotowe. Adam Słodowy może nie byłby ze mnie dumny, ale ustalmy, że prostota także ma swój urok. Ten duet to mój ulubiony skład, ale możesz też fusy wymieszać z mlekiem i cynamonem - jeśli lubisz ten zapach i nie jesteś uczulona. Możesz dodać cukier - biały albo brązowy. Możesz też użyć soli w sporych kryształkach. W istocie możesz wszystko. Granicą jest tylko twoja wyobraźnia, ewentualnie zawartość półek w kuchni.

Dlaczego moim faworytem jest kawa? Skóra po peelingu kawowym jest gładka i czuć lekki zapach kawy. To jest coś, co bardzo lubię i staram się o tym intensywnie myśleć, gdy przychodzi ta przykra chwila, kiedy ślady peelingu muszę ścierać z całej łazienki. Niestety, w moim przypadku każda aplikacja kończy się tym, że kawa jest wszędzie. Nie cierpię tego. Od sprzątania łazienki gorsze jest tylko czyszczenie kuwety. Nie jestem perfekcyjną panią domu, od sprzątania wolę wszystko i dodatkowo mam najwyraźniej kłopot z koordynacją.

Czy to jest kosmetyk dla każdego? Nie, zwłaszcza nie przy atopowym zapaleniu skóry. I to nawet taki - zrobiony przez ciebie z namaszczeniem o północy z naturalnych składników. Pewnie o tym wiesz, ale miewam uporczywe pragnienie ostrzegania innych przed różnymi niebezpieczeństwami (mimo że spora część z zagrożeń bywa urojona).

Ad rem - osobom, których skóra jest cienka delikatna i wrażliwa, nie polecam stosowania peelingu kawowego częściej niż raz w tygodniu. W innym przypadku możesz w końcu doprowadzić do przesuszenia skóry. I to mimo stosowania tuż po kąpieli intensywnie nawilżających balsamów do ciała, czy po prostu oliwy z oliwek. Chyba że zdradzisz kawę na rzecz płatków owsianych. Te wystarczy zalać wrzątkiem albo mlekiem. Owsianka świetnie sprawdza się w roli niezwykle subtelnego peelingu do delikatnej skóry. O sprzątaniu po tym zabiegu łazienki nie wspomnę. Nie chcę psuć humoru ani sobie, ani tobie. Jeśli jednak zależy ci na gładkiej skórze, warto to przecierpieć.

Opcja softOpcja soft (fot. MM)

Przyszedł wreszcie czas na spowiedź...

Staram się ograniczać złe nawyki. Staram się pić mniej kawy i z kosmetyków „chemicznych” przejść na ekologiczne. Mimo to wciąż naturalne kosmetyki stanowią mniejszość w mojej łazience. Wiem, że przygotowywanie ich to wciągające zajęcie, ale zazwyczaj brak mi czasu. Uwielbiam czytać o ucieraniu, kroplach olejku lawendowego dodawanych dla zapachu, czy ziołach. Z naciskiem na CZYTAĆ. Codzienność wymusza na mnie skracanie niektórych czynności i kawę często piję, o zgrozo, rozpuszczalną. Jakiego wtedy peelingu używam? Moim ulubionym jest ten z serii „Awokado” Bielendy. Gdy zobaczyłam pierwszy raz pudełko zatytułowane szumnie - „Subtelny peeling do ciała” - uśmiechnęłam się lekko drwiąco. Ale było to zachowanie zupełnie nie na miejscu, bo to cudowny kosmetyk. I to za 14 zł! Skóra jest po nim nie tylko bardzo gładka, ale i cudownie nawilżona olejkiem z awokado. Na wypadek podejrzeń, od razu wyjaśniam, że nie jestem tajną agentką Bielendy. Jak to udowodnię? O, już mam pomyśl. Peeling Bielendy jest mało wydajny! I opakowanie jest zielone, a ja nie lubię tego koloru.

Więcej kosmetycznych grzechów nie pamiętam i proszę o rozgrzeszenie.

Więcej o: