Co ja zjadam? Leniwe, śląskie, pijane

Najmilsze internety, w najnowszym odcinku będziecie musieli złapać króliczka, lepić kluski z dziurką, a na pocieszenie zdradzę wam jaką zupę robię, kiedy nie chce mi się nawet wyciągnąć kopyta, a co dopiero ruszać rękami. Pamiętajcie, że wchodzicie w tę strefę mroku na własną odpowiedzialność.

Zabawne jak zaborcza bywa kuchnia. Długo nie gotowałam w domu. To znaczy owszem, kroiłam składniki, mieszałam je, dusiłam, przypiekałam, wreszcie przypalałam i przesalałam, albo, co znacznie częstsze niedosalałam, ale dalekie to było od gotowania jedzenia. Zwyczajnie serce było gdzie indziej, a rozum zajęty był przetwarzaniem danych. Nawet w takich chwilach zwątpienia istniała jednak zupa, której potrafiłam nie schrzanić. To leniwa zupa, a w zasadzie zupa leniwej kucharki, takiej, której się nie chce gotować, bo  wolałaby już siedzieć przy biurku i pisać, albo iść do miłej chłodnej, wilgotnej piwnicy i zamknąć się w trumnie czekając na następne tysiąclecie.

Zupa ma różne oblicza, bazą jednak pozostaje mleko kokosowe. Jeśli więc nie lubicie mleka kokosowego możecie od razu przejść do następnego przepisu, albo odpalić rakietowe wrotki i zjechać do komentarzy, gdzie napiszecie cos o burżujstwie (tylko ładnie proszę). Inną ewentualnością jest kombinatoryka stosowana. Pozwalam wam pomyśleć o tym, czym w waszej kuchni można zastąpić mleko kokosowe, bo moje ulubione przepisy to takie, w których pierwszą połowę składników można wymienić na inne, a drugą połowę olać i udawać, ze to wciąż ta sama potrawa, tralalala.

Zupa leniwej pani domu

1 mieszanka warzyw mrożonych na patelnię (może być z brokułami, może być chińska, tajska, afgańska i marsjańska)

1 puszka mleka kokosowego

0,5 l wody

1 łyżka oliwy

Do smaku: świeży siekany imbir, czosnek, sól i inne przyprawy*

Bierzecie patelnię, bo bez patelni nie ma zabawy i nie ma radości! Żeby tortury były udane, należy ją dobrze rozgrzać, zalać oliwą, a następnie zasypać mieszanka warzyw. Dwie-trzy minuty później, albo w chwili kiedy wasze warzywa będą się już dawały podjadać z patelni bez wrażenia, że oto macie w gębie chrupkie z zewnątrz lody o smaku zielonego groszku czy bardzo zimne kamienie brokułowe, wrzucacie towarzystwo do garnka. Zalewacie to wodą, czekacie aż zacznie bulgotać i wlewacie zawartość opakowania z mlekiem kokosowym, mieszacie i też rusza żmudny proces doprawiania. Zupa w tej bazowej postaci jest słodkawa, żeby ja trochę odróżnić od kontrowersyjnego deseru o dyskusyjnym smaku i konsystencji dodaję najpierw(*) sosu sojowego, następnie wrzucam  czosnek i imbir, wreszcie mogę dosypać trawy cytrynowej i przyprawy garam masala. Na wasze pytanie, czy można tym skarmić potomstwo, cóż, tak. Moje dzieci to jedzą, pozwalam im nawet uczestniczyć w alchemicznych procedurach doprawiania, tak, by same mogły zdecydować  o tym, w którą stronę podąży smak naszej zupy. Najfajniejsze w tej imprezie jest to, że leniwa zupa jest też zupą błyskawiczną i już po około 15-20 minutach od przemiany warzywnej mrożonki w smażonkę możecie obserwować cud zniknięcia gotowej zupy z talerzy.

zupa przed desantem mleka kokosowego i w wersji

Pijany królik

1 tusza z królika

1 słoik musztardy francuskiej (z całymi ziarenkami gorczycy)

1 piwo miodowe (mogą być dwa, drugie takie, jakie lubicie)

Czosnek, sól, dobra muzyka**

Pewnego mroźnego zimowego dnia zapukała do naszych drzwi Groza Wegetarianina - czyli królicza tusza sprezentowana nam w postaci lodowatej, bordowej maczugi owiniętej w a-a-a-aluminium, co szeleści. Długo stałam i patrzyłam na to cudo, wertując w pamięci przepisy na królika, najlepiej takie, w których nie trzeba by się za dużo babrać z mięsem. Są liczne sugestie jak gotować na króliczku zupki dla maluszków, bo to bardzo zdrowe mięsko jest. Są staropolskie przepisy, które zawierają jakieś guślarskie procedury z glinianym garnkiem i trzema dniami leżakowania. Postanowiłam olać to wszystko i zadziałać intuicyjnie. Na początek odpaliłam jakąś nastrojową muzykę(**). Gdy ja ogarniałam swojego króliczka, w głośnikach grała Stara Rzeka, ale dzisiaj możecie posłuchać także Hokei, albo Alameda3. Następnie zamrożonego królika wysmarowałam w całości musztardą i szczelnie owinęłam folią aluminiową. Zostawiłam całość do rozmrożenia, żeby potem nie było niemiłych niespodzianek (tak kaczko, pamiętamy jaką byłaś  zimną suką mimo zjaranej w piekarniku skórki!).

Po tym, jak  mięso nieco odtajało włożyłam je do takiego naczynia żaroodpornego (brytfanka, forma na ciasto - wszystkie chwyty dozwolone) i teraz skupcie się, bo nie wiem jak mam wam to wyjaśnić, żebyście nie zepsuli zabawy. Króliczek musi być pijany! W tym celu otwieramy piwo miodowe, sprawdzamy najpierw czy nie jest zepsute, ale nie wypijamy do dna, następnie zalewamy króliczka. I teraz najtrudniejszy trick: króliczek musi być już w naczyniu. Mało tego, w tym naczyniu musi być też dużo folii aluminiowej, żeby dało się nasze zwierzę zawinąć szczelnie. Wiecie, wszystko po to, żeby on nie uschnął w piekarniku, ten nasz mały bydlaczek. Wyciskamy w to wszystko czosnek, dużo czosnku, sól, zawijamy i sru z tym wszystkim do piekarnika. Temperatura nie może być zbyt wysoka. To, że ustawicie na 590 stopni i rozkręcicie nawiew, nie znaczy, że MJENSO będzie gotowe w 15 minut. Przykro mi. Ustawiacie więc temperaturę na jakieś 180 stopni i czekacie. Czekanie umili wam jeszcze więcej muzyki, może być też piwo, gry na telefon albo 1000 krzyżówek z twarzą. ALBO możecie zrobić kluski. Jakie?

Kluski śląskie na zielono

Ziemniaki

Mąka ziemniaczana

Szpinak (świeży!)

Czosnek i sól

Kochane internety czytajcie z ruchu moich ust, a w zasadzie klawiszy: celowo nie jest tu napisane ile ziemniaków weźmiecie, bo to już zależy od was. Kluski śląskie to ta genialna potrawa, która pozwala nam nie ważyć, nie mierzyć i nie odliczać. Mogłabym napisać, że jest to potrawa banalna i sama się robi, ale jedyną prawdziwie banalną potrawą samosięrobiącą jaką znam, jest pizza na telefon. Żeby zrobić zielone kluski śląskie najpierw gotujecie ziemniaki w mundurkach, potem je z tych mundurków rozbieracie, tłuczecie na miazgę (możecie użyć prasy do ziemniaków, ja niestety w domu mam wyłącznie prasę do czytania). UWAGA! W dużym garnku nastawiacie lekko osoloną wodę do zagotowania! Wracacie do czynności kluskowych: w naczyniu, w którym spuściliście manto ziemniakom, uklepujecie tę masę na taki placek gładki, ma być równiutko. Bierzecie nóż i wycinacie z tego ziemniaczanego placka ćwiartkę. Wyjmujecie ćwiartkę. Odkładacie ćwiartkę na resztę ziemniaczanego placka. W miejsce ćwiartki wsypujecie mąkę ziemniaczaną, najpierw dokładnie tyle, ile ubyło zimnioka. A potem dorzucacie jeszcze garstkę, bo życie uczy, że jedna ćwiartka białego proszku to zawsze za mało.

Naturalistyczny portret masy ziemniaczanej I ĆWIARTKINaturalistyczny portret masy ziemniaczanej I ĆWIARTKI

Mieszacie, ugniatacie, wyrabiacie i wtem! Następuje przełamanie tradycji. Bierzecie teraz liście szpinaku, siekacie je tak drobno, jak tylko wam się chce, dorzucacie do waszej masy prekluskowej, wyciskacie tam też trochę czosnku i solicie to wszystko z letka. Następnie wyrabiacie tak, żeby się dało tym bawić. I WTEM! Zaczynacie zabawę. Żeby była miła, znów możecie puścić sobie jakąś wesołą muzykę, na przykład Kaseciarza. Wreszcie surfing i kluski łączy jedno - decha. Bierzecie więc dechę układacie gdzieś pod ręką, wygarniacie z miski mały kawałeczek tej zielonej masy  i  formujecie kulkę. Kulkę spłaszczacie i robicie paluchem tę kultową dziurkę, która czyni ze zwykłych klusek prawdziwe kluski śląskie. Dacie wiarę, że dawno, dawno temu w bezdzietnej galaktyce  w ś.p. Barze Prasowym na Marszałkowskiej, do którego biegaliśmy w przerwach między zebraniami redakcyjnymi a pisaniem tekstów (nie wspominam nic o pornografii z internetu, narkotykach i alkoholu, bo przecież poważni dziennikarze takich akcji nie robią) zaserwowano mi raz okrągłe kopytka z cukrem i masłem wmawiając, że to kluski śląskie? Warszawo jak mogłaś mnie tak skrzywdzić!

Do rzeczy. Kluski z dziurką odkładacie na deskę, jak już zużyjecie całą masę i przemienicie ją cudownie w armie małych klusków, bierzecie gar z wrzątkiem i wrzucacie do niego pierwszą porcję klusek - tak, żeby miały tam nieco przestrzeni życiowej. Jeśli kluski się rozpadają, znaczy, że spier#($*@ście sprawę i dodaliście za mało mąki ziemniaczanej. Na przyszłość uwierzcie, ze jednak tamta garść po ćwiartce była konieczna. A teraz uwaga, obserwujcie czy kluski wypływają. Jak już wypłyną, to jeszcze chwilkę możecie się im poprzyglądać próbując na przykład w pamięci wymienić po kolei imiona pierwszych dziesięciu polskich królów, albo przypominając sobie jak miał na imię pan piszczałka z zespołu Yes, albo jak szły słowa trzeciej zwrotki "Bóg się rodzi". Kontemplacja i namysł mogą zostać nagrodzone: odłówcie jednego kluska i zjedzcie go. TERAZ! I co? Smakuje jak kluska czy smakuje jak coś, co jest trochę jednak surowe? Wiecie, że u nas na południu takie kluski nazywano też gumiklyjzami, jeśli więc zastanawiacie się jak powinna smakować dobrze ugotowana kluska ślaska, to właśnie tak, jak brzmi to słowo, trochę gumi a trochę klyjza. Czy to jasne?

Jak mawiają prodcenci żywności: kluski śląskie- propozycja podaniaJak mawiają prodcenci żywności: kluski śląskie - propozycja podania

Strasznie się rozpisałam, więc przepisu na wegetariański sos z cukinii do szpinakowych klusek śląskich NIE BĘDZIE. Zostanie on przemilczany, niczym rodzinna zbrodnia, aż do następnego odcinka, albo do kiedyśtam. CZEŚĆ.

Więcej o: