Muzyczna motywacja do pracy

Dziś będzie o tym jak dotrzeć do pracy w dobrym nastroju i na wysokich obrotach podjąć się biurowych wyzwań. Najlepszą receptą byłby poranny numerek, ale nie zawsze jest na to czas i ochota z dwóch stron (zwłaszcza gdy jedno wstaje dwie godziny wcześniej niż drugie).

Moim niezawodnym sposobem na pozytywny nastój w drodze do pracy jak i w trakcie jej wykonywania jest odpowiednia motywacja muzyczna.

Mam w empetrójce foldery na różne okazje. Co jest przydatne, gdyż jako kobieta miewam zmienne nastroje, humory, fochy i dąsy. Poza tym różne pory dnia wymagają odmiennego wsparcia muzycznego. Jest więc zestaw piosenek radosnych, takich w stylu: „Och jak miło, ptaszki świergocą, psy nie srają po chodnikach”, mam też taki, że mogłabym piłą mechaniczną masakry dokonać i z bandą kiboli się rozprawić (czyli bardziej w klimatach NiN, Rammestein, Tool, i Exploited). Jest też sekcja popołudniowo leniwa - czyli miękkie dźwięki, idealne do leżenia na pomoście w ciepły letni dzień (dajmy na to Morcheeba, Zero 7, Hoovephonic, Thievery Corporation i wszelkie mruczankowe brzmienia). No rozmarzyłam się a tu bestialska jesień dookoła i w dodatku trzeba skupić się na robocie.

foch.pl

Dlatego zacznijmy od piosenek „na dojście” czyli takich, których słucham w drodze od fabryki. Zasada wyboru była prosta: muszą być energetyczne i pozytywne. Tak, żeby obcasem wybijać rytm na chodnikowej płycie. Ponurym smętom i łagodnym smooth jazzom mówię poranne NIE. Na początek kawałek, który sprawia, że moje wewnętrzne słońce grzeje mocniej, że jak go słucham to jestem na karnawale w Rio i gdy stoję na przystanku czekając na spóźniony autobus przy minus 20 robi mi się gorąco. Niezawodna Salome de Bahia, proszę bardzo:

No i coś świeższego, czyli Rudimental. Wiem, że Dominika przywołała to cudo w swoim felietonie o festiwalach i może nie powinnam się powtarzać, ale kawałek jest po prostu czaderski i doskonały na sprint do tramwaju.

Czy macie swoją idealną piosenkę do wchodzenia po schodach, na przykład w metrze? Ja mam i uważam, że każdy powinien sobie takiej idealnej piosenki poszukać. Ten rytm jest idealny, spróbujcie.

A jak już się znajdę w docelowej lokalizacji, przy biureczku, z gorącą kawą, to nie lubię siedzieć w ciszy. Mamy w pokoju radio, które odbiera w zasadzie trzy stacje, w tym jedną tak, że do ucha dociera zwykle połowa piosenki, bo zaraz coś zaczyna trzeszczeć, zwłaszcza, gdy ktoś kręci się koło radiowęzła. Druga stacja, którą jest w stanie namierzyć nasz pokojowy radioodbiornik serwuje dość prostą sieczkę, ale z braku laku czasem tego słucham. Trzecia stacja to creme de la creme wśród rozgłośni. Nie wiem czym oni smarują swoje anteny, w każdym razie zasięg mają spektakularny. Musiałabym jednak wypalić kilo zioła żeby to zapuścić, a wiadomo, że palenie zioła jest nielegalne, więc rozgłośni Tadeusza nie ogarniam.

Zabawa w DJ, czyli serwowanie ulubionych płyt lub play listy z kompa nie za bardzo zdaje egzamin, gdyż w naszym sześcioosobowym pokoju różnimy się diametralnie pod względem gustów muzycznych a harmonię współpracy warto zachować, gdy spędza się ze sobą czterdzieści godzin tygodniowo. Więc poszliśmy na kompromis i jest to radio (z wyjątkiem specyficznych chwil, gdy jedna z koleżanek potrzebuje ciszy, ponieważ musi napisać „coś ważnego”, na szczęście te chwile nie są częste). Gdy potrzebuję alternatywy zakładam słuchawki. I zapuszczam sobie brudne gitarowe brzmienia.

Something like Elvis doskonale inspiruje mnie do pisania projektów decyzji, czy odpowiedzi na skomplikowane pytania naszych petentów. Poza tym przypominam sobie zawsze sympatyczny koncert w CDQ sprzed kilku lat.

Na ciężkie chwile (czyli jak masz do wykonania durną robotę) polecam The Cake które wzięło się za Glorię Gaynor i jej imprezowy hicior „I will survive”. Zawsze podnosił mnie na duchu. Moc, czuję tę pozytywną moc i głęboki przekaz tkwiący w słowach refrenu. Przydaje się gdy na przykład musisz wysłać 15 faksów (tak na marginesie, to w erze skanerów i poczty elektronicznej faks jest jakimś kompletnym biurowym dinozaurem, no ale trudno, niektórzy go sobie życzą) albo skserować 300 prezentacji na szkolenie.

Jak mam dzień z raportami to muszę słuchać wszystkiego po niemiecku. Idealna jest ścieżka dźwiękowa z genialnego filmu „Biegnij Lola biegnij” - wymusza szybkość i precyzję.

Nie wiem co takiego jest w brzmieniu tego języka, ale mam do niego perwersyjną słabość. Jest taki techniczny i poukładany jak tabelki, jak Excel, matematyczna poezja. Mrrrau. Jak już jesteśmy za Odrą to proponuję jeszcze Freundeskreis. No i oczywiście Einsturzende Neubauten, których uwielbiam na pograniczu uzyskania odznaki psychofanki i od czasów studiów płyty ich kolekcjonuję.

Na koniec, piosenka, której muszę wysłuchać przynajmniej raz dziennie, idealna na opuszczenie biurowego pokładu.

A czego Wy słuchacie w drodze do pracy i w pracy - oprócz gderania szefa i współpracowników?

Wasza (nucąca pod nosem) Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: